•  

  •  

  •  

  •  

  •  

tecza

facebooktweet

LOGO2

 

Gwidon Hefid. Absolwent Uniwersytetu Wrocławskiego, dwukrotny uczestnik programu Erasmus zrealizowanego na Uniwersytecie Karola w Pradze. Kulturoznawca, socjolog, technik. Studiował w Polsce (Wałbrzych, Wrocław) oraz w Czechach (Praga).

Mieszkał w Stanach Zjednoczonych, Anglii, Francji, Holandii, Czechach. Tęsknota za unikalną wałbrzyską ziemią zawsze zwyciężała skłaniając go do powrotów.
Obywatel światów, zauroczony dolnośląskim górskim regionem oraz bezkresem krainy Za.

 

Jego pierwsze wiersze zostały opublikowane w 2000 roku w uniwersyteckiej prasie studenckiej, w Hradcu Kralove. Niebawem potem, dotarł do Romana Gilety, redaktora rubryki poetyckiej w Tygodniku Wałbrzyskim. Tam to, jako wiŚ-Cin, zadebiutował na skalę prasy regionalnej. W roku 2006 otrzymał wyróżnienie na ogólnopolskim konkursie poetyckim o „Srebrny Liść Chmielu".
Wkrótce po tym zachęcony przez Wiesławę Kamińską, wydał pierwszy tomik: „Z nurtem pod prąd" (2006). Znalazły się tam wiersze wyróżnione na boguszowskim konkursie.

 

Dwa lata później (w 2008 roku) ukazał się jego drugi tomik „Przyodziany w nagość / Claud in nudity". W okazałym wstępie do tej książki, Krzysztof Kobielec napisał: PRZYODZIANY W NAGOŚĆ (2008) Gwidona Hefid to poetycka rozprawa o miłości, cierpieniu, samotności, o zmaganiu się z sobą i światem. Zakorzeniona jest w renesansowej idei człowieczeństwa, przyzwalającej człowiekowi czuć i żyć według własnych potrzeb i woli. To także dowód, że nie preferencje seksualne stanowią o jakości człowieka, lecz jego zdolność przeżywania życia, gotowość na cierpienia i radość, odwaga w odczuwaniu i wola dzielenia się sobą z innymi.

 

Wiersze Gwidona Hefid są publikowane w okolicznościowych tomikach zbiorczych wydawanych przy okazji warsztatów organizowanych w ramach „Broumovskich Dni Poezji" organizowanych przez Verę Kopecką.
Na tych literackich warsztatach w przygranicznym Broumovie – o ile tylko inne zobowiązania na to pozwolą - jest obecny w miarę regularnie, czasem jest tam zwykłym uczestnikiem, czasem prowadzącym warsztaty, gdy potrzeba tłumaczem, zawsze literatą.
Swoje wiersze prezentował na spotkaniach autorskich w Polsce oraz za granicą w tym, w egzotycznej Tunezji oraz zaoceanicznym Nowym Jorku. 

 

W zwięzłych tekstach, podejmuje tematykę egzystencjalną, doszukując się odpowiedzi na fundamentalne pytania: "Skąd przybywamy, dokąd zmierzamy, dlaczego tak a nie inaczej funkcjonujemy?" Dociekania te wiodły go przez różne doktryny. Aż na gruncie doświadczeń transcendentalnych „staną" twarzą w twarz z Jaźnią, tak powstał tomik pt.: "Iluzoryczna rzeczywistość" (2014), jest to zbiór refleksyjności szczególnej. Danuta Góralska-Nowak, autorka słowa wstępnego, tak oto mówi o tym zbiorze: Nowy tomik Gwidona Hefida „Iluzoryczna rzeczywistość" jest rodzajem medytacji. Te wiersze to małe formy, refleksy myśli, jak światło rozpływające się na powierzchni czystej wody. Są odmienne od umieszczonych w dwu poprzednich książkach tego autora, wolne od charakterystycznej dla niego zadziorności.

 

"Rzeczywista iluzja" / "Skutečná iluze" (2015) Jest wyborem poezji dotychczas zmaterializowanej a uzupełnionej o wiersze napisane podczas pobytu w Nowym Jorku latem 2015 roku; zbiór na język czeski przełożyła Vĕra Kopecká, która tłumczenia poprzedza następującym tekstem: Szanowny Czytelniku, otwierasz właśnie książkę kolejnego uczestnika Dni Poezji w Broumovie. Książkę poszukiwań i odkryć jednostki, człowieka, siebie samego w stosunku do siebie, do innych ludzi, do czasu, Kosmosu, Boga. Książkę uwag i wniosków, ponieważ autorowi nie brak zdecydowania i odwagi ani w życiu, ani w twórczości. Książka z pogranicza filozofii i poezji dopełnia więc kalejdoskop twórców, różnorodność poglądów i form (tłuma. A. Matuszkiewicz). Vĕra Kopecká jest również autorką fotografii zawartych w książce. Słowo wstępne napisał Antoni Matuszkiewicz: Jest to tomik zasadniczo różniący się od poprzedniej publikacji (pt. „Przyodziany w nagość“) [...] Bywa, że ktoś czytając książki podkreśla ważniejsze sformułowania, pozostawiając trop niezrozumiały dla tych, co traktują lekturę jako spacerek tekstem. I tak w nowym zbiorze wierszy Gwidona Hefida wielu czytelników irytują wielkie litery na początku pewnych wyrazów. Ta maniera przypomina mi chwyty umieszczone na ścianie wspinaczkowej. [...] Pozwala na dalszy krok na stromiźnie. [...] Wypowiedź krystalizuje się wokół każdego nowego punktu zaczepienia. Momentu poznania. Stąd także skrupulatne notowanie miejsca i czasu zaistnienia utworu. Można by nawet powiedzieć, że twórczość Gwidona Hefida w swej obecnej postaci jest poezją odczytywania informacji. Służenia świadectwem. Obdarzania świeżością własnego przeżycia absolutnej, ponadczasowej wiedzy.

 

W Jubileuszowym - 2016 roku, Gwidon złożył i wydał piąty tomik: "Spóźniony punktualnie" (2016), zebrane w tej publikacji wiersze są obrazem minionej dekady. Książka składa się z dwóch części, rozdział pierwszy opatrzył wstępem Arturo Jarmułowski: Momentami bywa Heideggerem poezji – szuka głębi, generując nowy świat znaczeń we właściwym sobie języku. Ta trójwymiarowa semantyka, sięgając po wymiar czwarty: czas, staje się quasi-Heglowską metafizyką – otaczającą autora rzeczywistością przetransponowaną do wyższej tonacji – poezji. Rozdział drugi otwiera słowo wstępne autorstwa Evy vel Violi: …czasami trzeba doświadczyć „piekła cielesności” ze wszystkimi jego odcieniami: tęsknotą, miotaniem, namiętnością, które spopiela nas duchowo i fizycznie jak najpotężniejszy pożar. Trzeba doświadczyć tego, aby wyjść silniejszym, aby wydorośleć i nauczyć się, jak pisze Gwidon w jednym z wierszy „Miłowania”.

 

Stypendialna, dwujęzyczna  książka "ĆWIERĆ – QUARTER" (2017/2018), to publikacja niecodzienna; zbiór tekstów stanowiących osobliwe połączenie dwóch gatunków: prozy o Wałbrzychu i metafizycznej poezji o życiu; jest to przewodnik po mieście, przewodnik po duchowości. Zarazem, jest to hołd złożony Wałbrzychowi z okazji 25-lecia związku z miastem. W „Ćwierci” Gwidon przeplata wiersze i prozę, z czego tworzy wzór, mozaikę, patchworkowy tekst, a pomysł zszywania form przepełniony jest uczuciem i wrażliwością […] Wiersze są tłumaczone na prozę, proza na wiersze, przewodniki po mieście na przewodniki duchowe. Wszystko tu się przenika i współistnieje. – czytamy we wstępie do książki napisanym przez Barbarę Elmanowską. Druk książki sfinansoował Urząd Miejski w ramach stypendium twórczego przyznanego przez Komisję Edukacji i Kultury Rady Miejskiej Wałbrzycha.

 

Ogólną charakterystykę dla literatury Hefid zaprezentował inny z przedstawicieli wałbrzyskiej bohemy, Arturo Jarmułowski napisał: Jego twórczość to rozważania nad egzystencją, nad życiem, które ciekawie ogarnia swym piórem. Pisze o dokonywaniu wyborów z którymi musiał się zmierzyć. I choć życie chwyta za róg by garściami móc korzystać z jego bogactw, i tak, z perspektywy, gani swoją „rozsądną powściągliwość". To wszystko widać w jego poezji. Rozedrganej silną emocją, łakomstwem życia, ale i chwilą refleksji czy wręcz głębokiej kontemplacji nad egzystencją chwili, którą w niebanalny sposób utrwala w swoich wierszach.

 

Tomiki autora można wypożyczyć w wybranych bibliotekach w Polsce oraz za granicą.



 

Gwidon występuje także na:

facebook: Gwidon Zigilla Hefid

oraz 

YouTube: Poezja Gwodon Hefid

 


 

2018 (25 październik) Zaistniało spotkanie autorskie Gwidona Hefid we Wrcławiu, zaproszeni goście zeszli się w urokliwym miejscu, znanym jako: Galeria Sztuki i Miejsce Spotkań Ślimak.

 

 

2018-10-25 - Slimaczek

 

 

fot.  Aneta Dotka

 


 

Najbliższe spotkanie autorskie odbdzie się w stolicy Dolnego Śląska.
25 października 2018 r
Organizator i miejsce wydarzenia: Galeria Sztuki i Miejsce Spotkań Ślimak, Pl. Konstytucji 3 Maja 4,wejście od podwórza Dąbrowskiego 37, Wrocław. (blisko dwoca Wrocław Główny)
Wstęp wolny.

 

2018 10 25 - zaproszenie na WEB

 

 


 

2018 (11 październik)  miało miejsce spotkanie z młodzieżą SPS 15, na którym Gwidon Hefid podzielił się z młodymi ludźmi swoim zachwytem nad Wałbrzychem, opisane zostało to w szkolnej kronice: 

...klasy VIII zaproszone zostały na spotkanie autorskie. Naszym gościem był p. Gwidon Hefid, kulturoznawca, socjolog, ale też zauroczony Wałbrzychem i naszym regionem, poeta. Podczas spotkania z uczniami prezentował dwujęzyczną książkę „Ćwierć – Quartet”, która łączy poezję i prozę, będąc swoistym przewodnikiem po Wałbrzychu. To także hołd oddany naszemu miastu z okazji ćwierćwiecza związków pisarza z Wałbrzychem. Spotkanie oraz mniwykład poparte były serią slajdów, na których dawne pocztówki z Wałbrzycha i stare fotografie, mieszały się ze współczesnymi ujęciami miasta z lotu ptaka. Nasz gość był mile zaskoczony szeroką wiedzą uczniów „Piętnastki” o naszym regionie i rodzinnym mieście.

(jotes)

 

za: http://www.psp15.edu.pl/ (zakładka: KRONIKA)

 

2018 11 7 -  SPS 15 - fotki

 

 

 


 

2018 (24 wrzesień) W lokalnej prasie, ukazała się relacja ze spotkania literackiego... Genius loci wśród zielonych wzgórz

 

 

2018 09 30  mae

 


 

2018 (17 wrzesień) Spotkanie autorskie połączone z promocją nowej książki: "Ćwierć - Quarter", odbyło się na malowniczym tle okolicznych wzgórz, widzianych z tarasu Domu Turysty Harcówka w Parku Jana III Sobieskiego. Prowadzenie: Agnieszka Małecka, gościnnie wystąpił (debiut) Sasza Kopyt.
Wideo ze spotkania dostępne POD TYM linkiem.

 

 2018 09 17 1

 

2018 09 17 2a

 

2018 09 17 3a

 

2018 09 17 4a

 

2018 09 17 5a

 

2018 09 17 6a

 

2018 09 17 7a

 

2018 09 17 8a

 


 

2018 (1 wrzesień) relacja z podróży do Krainy Za.

 

"A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki".

F. Nietzsche

 

W ramach poobiedniego relaksu, na parę godzin przed Ceremonią, idę na spacer. Powiewy wiaterku schyłkowego lata, zwiastują bliskość przełomu, przełomu mającego się wkrótce zamanifestować w postaci dobroczynnej Mocy. Otaczający chatkę dębowo-sosnowy las zachęca do spędzenia czasu w towarzystwie dostojnych drzew, pomiędzy owocującymi szczodrze krzewami, z odlotowym zapachem ściółki – na Łonie Natury. Kontempluję ruch gałązek, szelest liści; odgłosy ptaków, harce wiewiórek. Dostrzegam jelenia, dużego samca. Zauważywszy moją obecność, ucieka w popłochu. Robi mi się przykro, bo pierzchł dlatego, iż wystraszył się człowieka. Zalewa mnie potężny wstyd, mocno i daleko, za całe pokolenia przedstawicieli mojego gatunku, za praktykowane zło i wyrządzane krzywdy wszelkim zwierzakom, za ten przestrach wkodowany w odruchy naszych Braci Mniejszych, za człowiecze okrucieństwo, za naszą ludzką ignorancję. 

 

Nie ma przypadku, wszystko jest rozwinięciem jakiegoś "wczoraj" lub wprowadzeniem do czegoś czekającego w przedsionku jutra. Wszelkie sytuacje; każde spotkanie, zachowanie, słowo, gest, myśl... są elementami Kosmicznej układanki. Każda podróż, tej NAJWAŻNIEJSZEJ Podróży echem.

 

Paciamama otula nas przyjazną ciemnością letniego wieczoru. Jej uświęcona Moc zaczyna manifestować się po godzinie. Ma ponętny słodko-słony smak. Chce się jej więcej, i więcej… zaczyna robić długo wyczekiwany porządek. Porządkowanie, sprzątanie nieuświadamianych sobie wcześniej brudów i obszarów; u każdego rozpoczyna inaczej, stosownie do sytuacji, do potrzeb i możliwości – każdy dostanie to czego potrzebuje, w ilości i na skalę adekwatną do indywidualnych uwarunkowań. 

 

W moim przypadku, tym razem, zaczyna od przejawienia się dreszczem, który przechodzi w gilgotanie i ciepło odczuwalne falowo, na całym ciele. Przedstawia się, subtelnie przygotowuje grunt, sygnalizuje gotowość działania. Od samego początku manifestuje się serdeczną radością, uczuciem bezwarunkowej Miłości do całego czującego świata, do mnie, do osób na sali, do istot w lesie, do wszelkiego ożywionego Kosmosu.

 

Przenika mnie na wylot. Jej cudowna wibracja roztańcza każdą molekułę mojej fizyczności, rozwibrowuje całe auryczne spektrum. Jej anielska czułość leczy i goi poturbowana duszę. Działa holistycznie, jak na Medycyne przystało. Jawi się w całej krasie. Jest archetypem wyrozumiałej matki, która wybacza i kocha; jest archetypem troskliwego ojca, co obejmuje pewnie, co gwarantuje poczucie bezpieczeństwa. Ku mej wielkiej uciesze, w zabawny sposób, rozkłada na czynniki pierwsze aspekty kobiecości i męskości, ukazuje ich iluzoryczność, sztuczny dualizm zastępuje cudowną pełnią Jedni. 

 

Jest wszystkim. Dźwiękiem przybierającym postać kwiatów, z którymi igram, wspinam się po ich wesołych łodygach prężących się w hiperrealnej zabawie; gdzie spotykam równie radosne przejawy obecności Świetlistych Braci i Sióstr. Bajkowo pięknie, Jest... Makro i mikro światem. Faramuszką i Prawdą Absolutną. Fraktalną podróżą przez Kosmos Praprzyczynowości, galaktyczną stacją w Stawaniu Się, jednostkowym przystankiem naznaczonym różnorodnością doświadczeń. Gubieniem i odnajdywaniem się. Pozorem śmierci, złudzeniem życia. Uczestnictwem i obserwacją. Byciem przeplatanym z nie-byciem. Procesem rozgrywającym się między jawą a snem. Integracją tego co było, co będzie, tego co JEST.

 

Odnajduję zagubione puzzle. Zgarniam z nich kurz ignorancji. Zaczynają tworzyć wyraźny, dawno zapomniany obraz. Na powrót jestem czystością dziecka. Ona jest jelonkiem, który stanie się dorodnym samcem, który już nie będzie się mnie bał. Bawimy się. Śmiejemy się, pierwszy raz od eonów tak lekko, tak kompletnie, tak nieludzko pięknie...jest każdą z kobiet i każdym z mężczyzn jakich kiedykolwiek spotkałem... Robię fikołki, wtulam się w kudłate ciało. Przepychamy, boksujemy się. Lód uprzedzeń i obaw taje. Pełnia Wdzięczności. Rozpływam się w bezkresie jej Miłości. Przytula mnie ramieniem Opiekuna, wszystko jest wręcz bajkowo proste; scala nas pozaczasowe, niewysłowialne, cudowne Bycie w TU i TERAZ. Budzę się... kukuryku.

https://www.youtube.com/watch?v=Fy7TKdJr1E8

 

2018 09 - 1

 

 


  

2018 (19-24 siepnień) relacja z rowerowej wyprawy na Słowację.

 

 

Dzień 1.

Zaczęło się od nocnego pociągu. Po przestanych w korytarzu paru godzinach jazdy - bo przecież żony do przedziału nie wezmę... zza wagonowego okna zamrugał wschód słońca. Nowy Sącz o poranku przywitał nas pięknie opromieniona fasada niepowtarzalnego Ratusza. Wybrzmiał odgłosem mszy z pobliskiego kościoła. 

Krążę na żonie po starym mieście. Widząc nas, jakiś mocno styrany nocną imprezą mężczyzna zachęca do odwiedzenia ruin zamku – jak się okazuje, nic nadzwyczajnego. Za to, płynący (za urwiskiem), szerokim nurtem Dunajec hipnotyzuje swą potęgą. 

Kieruję się ku drodze krajowej nr 75. Jadąc niedzielnym tempem (wyboistym poboczem, które przypomina Wałbrzyskie drogi sprzed prezydentury Szełemeja), zrównuję z biegnącym kostkowanym chodnikiem mężczyzna. Zagaduję go, okazuje się być rozmowny, opowiadamy sobie o swoich osiągach w biegach, mówię mu o słynnym na całą Polskę (i daleko dalej) wałbrzyskim maratonie, że dziś startuje... że myślami jestem z biegnącymi. Zaciekawia go liczebność tej imprezy sięgająca 3 tysięcy uczestników, głośno rozważa możliwość pobiegnięcia wałbrzyską trasą  w przyszłym roku.

Żegnam się ze sympatycznym biegaczem, a to na skutek dostrzeżenia drzew owocowych pełne śliwek i żółtych jabłek – na tak szczodry dar Matki Przyrody nie sposób pozostać obojętnym. Owoce, te zbierane z mokrej jeszcze o poranku trawy, są skapane w rosie, nadaje im to Smaku i Mocy, delektuje się. Ach! Co za śniadanie! Chwila zaledwie mija a mam towarzystwo, inny rowerzysta przyłącza się do owocowej uczty, trzęsę drzewkiem, bo tylko owoce, które drzewo samo odda są w pełni gotowe do bieżącej konsumpcji.

Po paru kilometrach mijam stary zamek, stoi wyniośle na skale, zapuszczony ale nadal solidnie trzymający się - zdradzający rysy dawnej świetności, u Czechów byłby atrakcją, do której Polacy staliby w kolejce po bilety... !

Ale, nie do Czeskiej Republiki przecież ta droga wiedzie... gdzie? To się wkrótce okaże, póki co, paręset metrów dalej, po przeciwnej stronie szosy, spotykam domek na kurzej nodze, focę go.

Jeszcze jest wcześnie a już skwar nie do zniesienia. Nim przejadę przez most przed Frycową, schodzę do górskiego acz uregulowanego potoku, oswajam się z miejscem, zyskuje zgodę opiekunów rzeki aby opłukać się w jej uświęconej wodzie; z uczuciem Miłości oblewam się (złożonymi dłońmi) nabieraną wodą, wdzięczny i odświeżony opuszczam koryto krystalicznej, przenikliwie ale i rozkosznie zimnej rzeki.

Nieco dalej wyprzedza mnie cyklista - to działa motywująco, "siadam mu na koło" - jak mawia się w slangu kolarzy. Widząc to, pyta gdzie, skąd itd. itp. Gdy mówię mu o celu mojej dzisiejszej trasy i dlaczego tam jadę, ożywia się. Rozmawiamy o ochronie pamiątek kultury, licytujemy nazwiska architektów - zna się na temacie, zapraszam go na jutro. Pędzące krajówka auta mijają nas ze świstem aby się słyszeć musimy krzyczeć. W duecie jakoś raźniej. Kilometry mijają szybciej, podjazdy są bardziej przystępne. Rozjeżdżamy się, on prosto, ja w lewo. Wreszcie spokój od gnających lawinowo aut.

Pokonuję kolejne podjazdy, ten za Krzyżówka, ten naj-naj biorę zygzakiem - inaczej się nie da... bez stawania dęba, a stawanie dęba na objuczonej jednośladowej żonie to nienajlepszy pomysł  

Nie ma jeszcze 11ej. Robię sobie przerwę na mirabelki rosnące na poboczu wąskiej wiejskiej drogi-stromizny. Widząc kobietę przy chałupie opodal, podchodzę i pytam czy dobrze jadę, gdy słyszy "Słowacja" łapie się za głowę, ostrzega że to daleko a tu taki upał, uspokajam ją mówiąc iż schłodziłem się w rzece... pyta skąd jadę, gdy jej odpowiadam, kładzie ręce na usta. I kręci z niedowierzaniem głową. Życzę starowince miłego dnia i wpedałowuję sie na szczyt. 

Tam ku memu zaskoczeniu napotykam zmianę organizacji ruchu i droga która miała być kontynuacją jazdy wiejską sielanką, okazuje się objazdem dla krajowej 75ki - z której chciałem zwiać. Upewniam się, i na mapie papierowej, i elektronicznej - innej opcji nie mam, jadę. Na szczęście, nie ma tu już takiego ruchu, część aut z tego szalonego potoku gnających maszyn, musiała odbić w jakiś zjazd gdy ja penetrowałem wiejskie zakamarki. 

Przyroda jest tu iście idylliczna. Pagórki, chałupy, sady i pola. Mijając kolejne bocianie gniazdo, robię zdjęcie.

Tylicz wita mnie informacją, ze istnieje już 650 lat. Postanawiam go zwiedzić. A przy okazji przeczekać w cieniu południową spiekotę. Tak jak sobie imaginuje, tuż po 12ej napotykam wygodną ławeczkę pod potężnymi klonami, ustronne miejsce zachęca aby przystanąć. Uzupełniam płyny w ciele - woda, jeszcze wałbrzyska kranówka w szklanej flaszce – smakuje rewelacyjnie. Zajadam zebrane rano jabłka – co za gama witamin i mikroelementów! Kładę pod głowę śpiwór, rozkładam się wygodnie, zapadam w błogą drzemkę. Odświętni, uświęceni kościołem, przechodzący ludzie  (towarzyszy im jakże specyficzna aura), gapią się na mnie i na oparty o ławkę rower, na którego kierownicy (profilaktycznie) opieram rękę; nadzmysłowo czuję ich oceniające ciężkie spojrzenia, dobiega mnie szyderczy komentarz: "...jaki zmęczony..." itp., wiem, że to w nawiązaniu do tego, iż tak leżę a pod ławką stoi puszka od piwa – z ich perspektyw jest to jednoznaczne, też mi się nie podobało, że ją ktoś tu porzucił, miałem to sprzątnąć dla lepszego samopoczucia... ale zapomniałem a teraz to się zemściło; to nic, jest mi tak dobrze w tym kojącym cieniu, po tych pysznych jabłkach, nie odzywam się, na ich uzewnętrznione werbalnie szyderstwo, odpowiadam wewnętrznym serdecznym uśmiechem, nie chcę burzyć tej błogości, nie warto... schodzi mi tak - w tym stanie "pomiędzy" - ponad godzina. 

Dźgany ostrym słońcem przedzierającym się przez koronę drzewa, czuję że już czas ruszać dalej, wewnętrzna gotowość pcha mnie dalej w drogę. Ławka była twarda i wąska ale choć tak odespałem przestaną w pociągu noc, prawie bez snu, bo co to za sen w korytarzu, podpierając ścianę. 

Nadmiar odpoczynku męczy, żeby nie przedobrzyć z tym biernym relaksem, idę na ryneczek, mijam dwa imponując, stojące obok siebie kościoły: prawosławny i katolicki, przyglądam się budynkowi muzeum, a zauważywszy ze jest otwarty spożywcza (przy dzisiejszej niepracującej niedzieli to wielki wyjątek), postanawiam z niego skorzystać. Kupuje puszkę groszku i chleb razowy oraz butelkę Muszynianki - wszak, to jej kraina. Tak zaopatrzony rozglądam się za miejscem zdatnym pod kątem konsumpcji.

Skwer przed muzeum obsadzony jest krzewami i drzewami, całokształt ten emanuje tak pozytywną energią, że mógłbym tu zostać dłużej; ale nie, tak dobrze nie ma – zjadam białko, zagryzam węglowodanami, popijam muszyńskim minerałami. Po takim obiedzie mogę wrócić na trasę.

Po szeregu kolejnych podjazdów i zakrętów, wreszcie docieram do granicy, jest na szczycie - a jakże!   Pojawia się uczynny człowiek, robi mi pamiątkowe foto. Rozmawiamy, długo i przyjaźnie. Dowiaduję się od niego o fortyfikacjach pozostałych po działaniach konfederacji barskiej, które są w pobliżu. Aby tam dotrzeć, musiałbym cofnąć się – w stronę Tylicza, o nie! Nie zamierzam podjeżdżać pod tę samą górę dwa kolejne razy tego samego dnia. Zadowalam się wysłuchaniem opowieści o marszałku Józefie Potockim, ludziach co byli z nim w koalicji oraz o tych, co stali po przeciwnej stronie; chłopak sporo wie nt tutejszych ponoć dobrze zachowanych pozostałościach z odległych czasów. 

Przez kolejne minuty siedzę sobie wygodnie na siodełku i zjeżdżam w słowacką krainę, mknę (chwilami) 50+ km/h, i to bez pedałowania, w dół, z wiatrem we włosach – wielka  przyjemność, sowita rekompensata za te wszystkie podjazdy po polskiej stronie. Potem jeszcze trochę kręcenia korbą - jakieś 8 km. Narasta we mnie uczucie satysfakcji, spełniania długo odkładanego marzenia, zachwycam się biegnącą chwilą.

Wciąż mijam Cyganów, w tym upale przypominają mi Hindusów. Pieszo, na rowerach, autami... Po świeżo skoszonym polu biegnie grupa ciemnoskórych dzieci, ganiają się; ubrane są skromnie, wręcz biednie. Proporcjonalnie do skali ich nędznego wyglądu, do stopnia ich dzikości; tryska z nich taki ogrom radości, tyle szczęści ile nie widziałem u żadnych cywilizowanych dzieci.

Słowackie drogi, oznaczenia... są ciągiem skojarzeń, ileż w tym czeskości! I te szosy obsadzone owocowymi drzewami – jakże proste a jakże genialne! Do tego pola pełne kukurydzy – jedzenie wszędzie  

Do Bardejova docieram zmęczony ale i szczęśliwy. Czeka tu na mnie zarezerwowany hotel, prysznic, łóżko – noc bez żony, bo tą (dla jej dobra) przypiąłem do balustrady na dole  

 

Dystans dnia: 70km (w górach liczy się razy dwa)

 

 2018 08 - 1

 

2018 08 - 2

 

 

Dzień 2.

Przebudzenie się o poranku jest nowym początkiem, tak w skali makro jak i mikroświata. Początkiem tego dnia był haust Świadomego bardejovskiego powietrza, tak przyjemnie specyficznego dla podgórskich okolic. Na dobry start, porcja prany o smaku wdzięczności dla Życia, dla tego cudownego poranka. 

Z ufnością dziecka spoglądam w hotelowe okno, odpowiada mi widok na wzgórza rysujące się za miastem. Wiem, że wszystko będzie dobrze, cokolwiek jest zapisane w Kosmicznym Scenariuszu.

Wypijam końcówkę Muszynianki trzymanej w chłodziarce – jest pyszna, zwłaszcza w połączeniu z tym rześkim powietrzem. Zjadam 3 soczyste, przepysznie słodkie gruszki przywiezione jeszcze z Polski. Jestem syty i szczęśliwy – gotowy zacząć dzień.

Uzupełniam wczorajszą notatkę, poprawiam literówki, szyk itd. – niełatwo pisze się tak długie teksty na komórce, zwłaszcza gdy chce się używać polskich znaków, które – jak wiemy ułatwiają czytanie, a niekiedy są wręcz niezbędne dla jednoznacznego zrozumienia treści, ale zarazem wydłużają proces piśmienniczy. Wybacz Czytelniczko i Czytelniku, ale od teraz (również przez wzgląd na baterie) będę sięgał po polską pisownię tylko w kontekstach niezbędności, gdyby cos było niezrozumiałe, to napisz proszę. Tu małe dopowiedzenie, otóż: pierwotny tekst faktycznie był pisany z dużymi deficytami polskich znaków, jednakże niniejsza wersja została poprawiona i uzupełniona o polską pisownię.

Schodzę na Raňajky, czyli śniadanie po słowacku. Nie z głodu, bardziej z ciekawości. Hotelowemu menu daleko do zdrowego stylu żywienia: białe pieczywo, wędlina, nabiał, dżem/miód w plastikowych foremkach, "styropianowe" wióry różnej struktury i barwy które niektórzy pochłaniają z mlekiem, herbata z saszetek, kawa z ekspresu, sok z kartonika... parowki nie wiadomo z czego, jajka jak z plastiku, racuchy z marmoladą, pasta do pieczywa na bazie masła z "czymś" (ponoć) wege ale nikt nie wie do końca z czym... Owoce czy warzywa w ilościach dekoracyjnych... mam wybór: albo zadowolę się szczątkami zielonej papryki i zagryzę pomarszczonym jabłkiem lub niedojrzałą a teraz to i zwiędłą pomarańczą albo... hmmm

Zastanawiam się, wszak każda sytuacja to wyzwanie ale i lekcja zarazem – szansa... Rzecz w tym, aby spożytkować ją jak najlepiej. 

Podpytuję kelnerkę czy jest coś co byłoby bardziej wege. Pozytywnie zaskakuje mnie pytając czy mam na myśli wegetarianizm czy weganizm. Gdy potwierdzam, że chodzi mi o weganizm, nie ma dla mnie pomyślnej odpowiedzi. Okazuje się, że to Polka, a do tego miła i skora do pomocy osoba. Chwilę rozmawiamy, chwali tę pastę na maśle, zapewnia że jest wege... słucham jej sugestii, coś we mnie się buntuje, coś innego chce przystać na jej sugestywne zachęty. Staczam wewnętrzny spór. Tyle razy zamykałem się na argumenty innych apriori, nieraz mylnie, a przecież wszystko, skoro się wydarza, to po coś. Poleca te racuszko-placuszki ale lojalnie przestrzega, że jest tam nabiał i pewnie jaja. Zastanawiam się chwile. Przypominam sobie odległe smaki. I czuje jak dawne żywieniowe programy reaktywują się. A wiec jednak, nadal są. Ciekaw jestem jak zareaguje na te produkty. Ostatnią dyspensę od weganizmu zrobiłem na (odległym już) rodzinnym weselu. Pojawia się pytanie kontrolne: czy tego potrzebuje? Raz jeszcze sprawdzam, upewniam się. Cokolwiek robimy musi to być w zgodzie z nami samymi. Jest potwierdzenie. Decyduje się. Na ten czas wracam do wegetarianizmu. Wysokokaloryczne białkowe i słodkie produkty podkręcają moją percepcję, czuje się jakbym miał wystrzelić w kosmos.

Idę do pokoju, wypakowuje z rowerowej sakwy koszule, wyjściowe spodnie, lakierki.

Energicznym krokiem, na nogach sprężynujących po tym wysokobiałkowym śniadaniu, wyruszam w kierunku Ratusza. Miasto skąpane w porannym słońcu oczarowuje mnie. Zachwycająca, starówka wręcz prosi się o zdjęcie. Konferencja zaczyna się rejestracją, po czym mają miejsce prezentacje i dyskusja. Moje wystąpienie, w którym mówię o przemianie Waldenburaga w Wałbrzych, zamyka pierwszy panel.

Większość prelegentów to Słowacy, miło jest słuchać ich mowy, wychwytywać te subtelności rozróżniać ich język od czeskiego i polskiego, odkrywać nowe słowa lub odmienne znaczenie tych znanych z innych kontekstów.

Po konferencji czeka na nas obiad. Nauczony porannym doświadczeniem, wiem już, że w hotelowej kuchni nie mam szans na zdrowy i smaczny wegański posiłek. Mentalnie jestem przygotowany do tego "regresu", nastawiam się tak, aby z owego doświadczenia wziąć jak najwięcej korzyści a "stracić" minimum. Dlatego też, gdy przechodzę obok warzywniaka, posłuszny podszeptowi Intuicji, kupuje pyszne lokalne brzoskwinie, biorę tez mega dojrzałe (nie mylić z przejrzałymi) banany - na te afrykańskie upały w sam raz! Brzoskwinie, co są słodkie do granic rozkoszy, zjadam przed obiadem, robię to nim udam się na jadalnie. Nic więcej nie potrzebuje... jednakże realizuje zamiar, trzeba rozprawić się z programem. Na obiad moja sympatyczna kelnerka poleca mi smażony ser, w swej uprzejmości, w kuchni załatwia, aby mi tam dołożyli sałatkę. Z ulgą stwierdzam po pierwszych kęsach, że jestem już wolny od tego niegdyś jakże silnego nałogu. Tego programu już nie ma. Konsumuje danie w imię eksperymentu, nie z musu. Zjadam ze smakiem, z wdzięcznością (pod adresem roślin, mlekodajnej krowy, kelnerki i kucharza), z prośbą kierowana do Uniwersum, aby potrzeba takich doświadczeń nie była już moim udziałem, abym mógł pójść dalej po wegańskiej ścieżce, wprost ku witarianizmowi itd. 

Po obiedzie ruszamy na piesze zwiedzanie wybranych miejskich miejsc. W kieszeni mam banany – na "przepchanie" ciężkiego sera. Organizatorzy prowadzą nas do żydowskiego muzeum. Trafia się nam doskonały przewodnik, pasjonat z ogromną wiedza i chęcią do jej uzewnętrzniania. Przy wejściu do kompleksu opowiada jaki zamiar stał za biało-czarnym pomnikiem nawiązującym do Gwiazdy Dawida, mówi: część biała, skierowana ku dołowi to starcy - Żydzi, którzy okryci białością włosów odchodzili z tego świata, byli to ci co swoje już zrobili; ta ciemna, skierowana ku górze, to młodzi na których świat czekał, którzy mieli być nadzieją jutra.

Cały kompleks jest uratowaną od dewastacji pozostałością po żydowskiej społeczności mieszkającej tu licznie przed wojną, mającej bezpośrednie związki z polskimi gminami; gdy podpytuje przewodnika o szczegóły, podaje nazwiska znane choćby z książki: "Księgi Jakubowe". Przechodzimy do budynku byłej synagogi. Odnowiona z zachowaniem walorów historycznych zaciekawia już od przedsionka. Zadzieramy głowy, podziwiamy sporo ponad stuletni sufit z malunkiem w centralnym punkcie. Przechodzimy do byłej świątyni, przez ostatnie dekady służącej za magazyn, teraz oczarowującej bogactwem odzyskanych zdobień, estetycznie wymalowanymi znakami i symbolami, które odtworzono dzięki nowej technologii i pasji paru osób, całość rekonstrukcji jest finansowana z zewnętrznych źródeł - co podkreśla mężczyzna podając znane nazwiska m.in. z USA (film, Senat).

Przechodzimy na piętro, tu zrobiono pomieszczenie pamięci, najbardziej ujmują rysunki dzieci wykonane na krótko przed ich zgładzeniem, co chciały przekazać? Co powiedzieć potomnym, nam? Jedna z interpretacji przewodnika to taka że: musimy pamiętać aby się nie powtórzyło to co one przeszły... 

Idziemy dalej, odwiedzamy najstarsze w mieście cmentarze, w tym ewangelicki – inny już przewodnik, inne opowieści, inna retoryka.

Udajemy się pod niedawno odkopana pomnik upamiętniający obecność w mieście Józefa II, nocował tu gdy wracał z Polski, z ustaleń rozbiorowych. Tu kończymy formalny program, ludzie rozchodzą się a ja myślę nad tym jak jeden i ten sam pomnik może być diametralnie różnie kojarzony przez Polaków i Słowaków.

Zachodzę na Rynek, skąpany w schodzącym słońcu zachęca do spaceru zacienioną stroną. Przygodny rowerzysta pozuje do zdjęcia – klęczy z głową złożoną na pieńku, jego kompan żartuje że to... kara za jazdę na rowerze po główny skwerze miasta, patrząc na bezwzględność figury kata to dość sroga kara...

Zwiedzam zabytkowe centrum, docieram do uliczki Johna Lennona, proszę przechodzące dziewczyny o zdjęcie, jedna chce dołączyć... ależ chętna(!), ma szczęście że żony ze mną nie ma 

Nastrój miejsca, klimat w duchu najsłynniejszego hipisa przepełnia przestrzeń. Idę do źródła. Schodzę schodami w kierunku muzyki... w powietrzu coraz wyraźniej wybrzmiewa hit wszechczasów: 

"Wyobraź sobie wszystkich ludzi

Żyjących w pokoju

Yoohoo-ooh

Może powiesz, że jestem marzycielem

Lecz nie jestem jedynym 

Mam nadzieję, że pewnego dnia do nas dołączysz

I świat stanie się jednością

Wyobraź sobie, że nie ma majątków

Jestem ciekaw, czy możesz

Nie ma chciwości i głodu

A ludzie są wspólnotą

Wyobraź sobie wszystkich ludzi

Dzielących ze sobą cały świat

Yoohoo-ooh..."

Prowadzony przebojem docieram do fontanny tryskającej w rytm szlagieru. Siadam na ławce pod rozłożystą lipą wkomponowaną w tę architektoniczno-muzyczne dzieło i zasłuchuje się, całym sobą, co za przyjemność. Gdyby nie padająca bateria uzupełniłbym zapiski, w tej sytuacji idę dopieścić żonę.

Odświeżam się w hotelu, do którego stąd mam 3 minuty spaceru. Biorę rower i jadę do Kąpieliska Bardejov. Na miejscu okazuje się, ze to uzdrowisko a nie sauny czy baseny jak sobie imaginowałem. Nabieram wodę mineralną, w smaku przypomina mi tę z Kotliny Kłodzkiej, poje żonę - jakże! jej też się należy – choćby symbolicznie Szukam polskich śladów, ponoć mieszkali tu Czartoryscy, znajduje tablice z informacjami o goszczącym w tym miejscu Carze. Pięknie wykonane budynki, oryginalnie zdobione i oferujące szerokie spektrum uzdrowiskowych atrakcji ściągały i ściągają tu licznych.

Wracając zatrzymuje się przy markecie, kupuje (pod kątem kolacji) arcypyszne świeże figi - mogę poczuć się jak na Południu Francji.

Gdy docieram pod hotel jest już szarawo. Recepcjonistka pyta czy skorzystałem z karnetu na kolacje... mówi że jeszcze wydają jedzenie, mam czas do 21ej. Z bezmięsnych dań kolacyjnych tylko / aż (?) cztery, żadnego wegańskiego. Rozważam brokuł w serze, czuje że mam do popracowania z tym programem, czas go wykorzenić. Zamawiam.

Umawiam się z piękną recepcjonistką że da mi znać gdy jedzenie będzie już na stole, wolę nie zgłębiać kulisów powstawania tego co będę jadł, kucharza brak, więc to co zamówiłem, będzie daniem lub odgrzewanym lub zrobionym z półgotowych produktów, tak czy tak o lata świetlne odległe od ideału jakim jest świeża żywność. 

Idę dopieścić żonę, myślałem o tym od paru godzin, muszę podregulować przerzutki i przykręcić koszyk na bidon - odpadł gdy wracałem z "wód". Szybko udaje mi się zrobić co konieczne aby żona nie zgrzytała łańcuchem i nie dzwoniła bidonem. 

Jedząc rozmawiam ze Słowakami z konferencji, którzy zeszli posiedzieć przy chmielowym napoju, milo mija nam czas, lokalne piwo doskonale dopełnia całości. Wieloaspektowość sytuacji. Towarzyskość, wyjazdowość, dietowość… wesołość ale i praca wewnętrzna, bo jak oczyszczać to oczyszczać a jak wykorzeniać, to wykorzeniać - cały pakiet, od ręki! Robię swoje, skutecznie i dyskretnie, niejako w tle, program po programie, takie okoliczność to dar losu! Poza tym, rozmowa, płynnie i swobodnie mimo różnic językowych i kulturowych. 

Po 22ej udaję się do pokoju, kąpie się. Kładę na wygodnym łóżku.

Myślę o tym eksperymencie dietetycznym na jaki sobie tu pozwalam, ważę sprzeczne odczucia. Kieruję wdzięczność do zwierząt, które żyły w imię dopełnienia wachlarzu ludzkich doświadczeń, z poziomu Świadomości łącze się z nimi w Jedności Miłości Absolutnej.

Zaczynam pisać relacje z minionego dnia, czuje się tak zmęczony, tak przejedzony ciężkostrawnymi produktami, że usypiam mimowolnie w trakcie pisania.

 

 

Dystans dnia: 17 km 

 

2018 08 - 3

 

2018 08 - 4

 

Dzień 3.

Początek tego dnia jest ceną za eksperyment. Jest potwierdzeniem, że cofanie się boli - nawet jeśli jest to przysłowiowy "krok wstecz aby następnie zrobić dwa... (i więcej ) wprzód".

Budzę się spocony – mimo iż śpię tuż przy otwartym oknie, a do tego prawie odkryty – czuję się jakbym został zdeptany przez stado słoni... drapie mnie w gardle, na języku mam posmak nabiału. Czuje potrzebę wypłukania ust, napicia się wody – organizm wyrzuca nadmiar ciężkiego nabiału, uwalnia toksyny. Kapeć jaki niektórzy znają z kaca.

Po prysznicu odzyskuje formę, woda to cudowny żywioł - o ile potrafi się skorzystać z jej dobroczynności. Czuję ssanie – to standard na diecie bogatej w zwierzęce białko, przy weganizmie zapomniałem o tym nieprzyjemnym uczuciu, ta dyspensa daje mi sowicie w kość! Sięgam po ostatnie z jabłek, które zebrałem w Polsce, dotrzymały do teraz bo były nie aż tak dojrzale, są wręcz kwaskowate, w sam raz na to moje przytrucie, witamina C bardzo wskazana!

Kładę się i w pozycji jodowej kobry, pisze przez ponad 2 godziny.

Gole się i schodzę na jadalnie. Trwam w eksperymencie, skoro zszedłem do piekiełka własnych zaległości, to zamierzam uporządkować tu jak najwięcej. Jedząc białą bagietkę z masłem, dżemem i serem odnajduje smak sentymentalnego dzieciństwa. Żuję, pozwalam wypłynąć wspomnieniu, gdy już jest na powierzchni, dobrze widoczne i łatwe do uchwycenia, łapie ten program, odłączam się od niego. Wyjmuje z korzeniami. Dziękuje że był, gdy był potrzebny. Oznajmiam mu, że już go nie potrzebuje, pozwalam mu odejść, Uwalnianie się jest możliwe pod warunkiem Zrozumienia.

W tym dniu, zagranicznym głosem na konferencji jest badaczka ruskich kościołów w Alpach (Słowenka). Pokazuje slajdy, opowiada, uśmiecha się, da się odczuć, że to jej konik.

Wracając z konferencji, zachodzę na uliczkę Lennona, schodzę ku fontannie, siadam pod lipą. Jest tu przytulnie, istna enklawa spokoju w środku miasta. Wyciszam się w rytmie wybrzmiewającej z głośników muzyki klasycznej i przy akompaniamencie wodotrysku. Uzupełniam elektroniczne zapiski. Przychodzi SMS od Organizatorów konferencji, informują mnie że hotel mnie szuka... domyślam się czemu.

Wchodzę od strony jadalni, napotykam moją sympatyczna kelnerkę, korzystając z jej podpowiedzi zamawiam danie dnia, zapiekany ananas i ziemniaki z serem oraz surówka. Brzmi świetnie! Ustalamy że pójdę wymeldować się i zaraz wrócę. Przemykam przez recepcje prawie niezauważalnie. Na piętrze sprzątaczki spoglądają na mnie spod ukosa, chyba czekały aż wrócę... rozbrajam je serdecznym uśmiechem niewiniątka. Podłączam komórkę do ładowania – trzeba korzystać z elektryczności póki się da, przez najbliższe dni prąd będzie towarem deficytowym. Zrzucam konferencyjną elegancję. Kąpię się – o prysznicu też będę marzył. Ubieram się luzacko, rowerowo, podróżniczo – tu fason i styl dyktuje utylitarność a nie estetyka. Zbiegam na jadalnie. Dziewczyna z recepcji udaje zagniewaną, ale ja widzę tylko jej piękno i do tego piękna uśmiecham się, wbrew sytuacji odpowiada mi uśmiechem. Wszystko to odbywa się w przelocie, nawet nie zwalniam biegu, mijam ją na tyle szybko aby nie zdążyła zadziałać racjonalnie-proceduralnie wobec ociągającego się z wymeldowaniem klienta. Dopiero u drzwi jadalnie zwalniam kroku. Na stole czeka danie, Polka rozkłada ręce i mówi że już zimne. Mówię, że to lepiej, że łatwiej będzie jeść. Coś mi tu nie gra. Chcę zacząć od ananasa... ale ananasa nie ma. Skanuję talerz pod kątem surówki... jej też nie ma, są ziemniaki i krążek sera, do tego spleśniałego (!). To danie miało być miłym zwieńczeniem eksperymentu, i jest! Wnioski są oczywiste, lekcja odbyta. Płacę bilecikiem otrzymamy od Organizatorów. W myślach pozdrawiam kuchnię, od Serca posyłam im świetlistą energię – niech się tam ogarną.

Kiedy tym razem mijam recepcje, dziewczyna z trwożną miną prosi aby już oddał klucz, czyli kartę, wyjaśnia że powinienem to zrobić do 10ej. Nie pomyślałem o komplikacjach. Jest już po 14ej. Obiecuję że za chwile będę. Gnam, pakuje się. Zbiegam z tobołami. Urocza recepcjonistka z wdzięczności składa dłonie jak do pacierza, w odpowiedzi kładę ręce na klatce piersiowej. Przepraszam i dziękuje.

Siadam w holu. Blisko gniazdka, doładowuję smartfon, uzupełniam zapiski. Głupio mi bo tak szybko wybiegłem z jadalni, że nie zdążyłem pożegnać się z miłą Polką. Zakładam, że zrobię to przez messengera. 

Po dwóch godzinach pisania, kiedy kończę dziobać na ekranie smartfona, a zegar pokazuje, iż minęła 16ta., i sposobię się aby napisać do kelnerki, Polka staje przede mną. Cieszę się. W tej sytuacji mogę się z nią pożegnać na żywo. Rozmawiamy, jakbyśmy się znali od lat, coś nadzwyczajnego. O diecie i zdrowiu, o pieniądzach i wzniosłych celach, o życiu i śmierci. O Wałbrzychu, który zna bo ma rodzinę w Szczawnie i o Kotlinie Kłodzkiej obojgu nam bliskiej, o jeziorach które warto odwiedzić. O wspólnej nam Anglii. Częstuje mnie polskim jabłkiem, ja ją słowacką brzoskwinią. Mija godzina, moglibyśmy tak do nocy. Ale mnie wzywa droga, a do niej dzwoni, zniecierpliwiony nieobecnością żony mąż.

Zerkam przez okno, czy nie pada, zapowiadali możliwość przelotnych deszczów. Oby nie w najbliższe noce, mój namiot ma tropik ale wolałbym go nie forsować.

Żegnamy się lecz coś nam to nie wychodzi. Ona idzie przebrać się z uniformu, ja zapiąć sakwy, namiot, matę, śpiwór itd. – rower znowu zaczyna wyglądać jak bagażówka. 

Aby nie zgnieść bagażem owoców potrzebuje kartonik, Polka wynajduje idealne pudełko na magazynku. Perfekcyjnie spakowany, mogę ruszać.

Okazuje się, że pisany jest nam ten sam kierunek. Odprowadzamy się do skrzyżowania. Ona idzie w górę, ja w dół.

Kieruje się ku drodze nr 77. Mijam markety a kawałek dalej polskiego fiata 126p, i to w powietrzu... następnie podziwiam masowe wykopki, ludzie na poletkach wykopują całymi rodzinami, haczykami, widłami, traktorkami... – ileż w tym sentymentalnych skojarzeń. Z przejęcia, aż robię zdjęcie. Nie pamiętam żeby kiedykolwiek zbierano z pola ziemniaki tak wcześnie... zawsze robiło się to jesienią a nie latem... 

Droga nr 77 jest wciąż pod górę, po paru kilometrach mam już dość tego podjazdu, zastanawiam się czy nie lepiej było zostać na noc w Bardejovie. Dywagacje myślowe, bo skoro już jadę... poza tym gdzie w mieście rozbić namiot... w Naturze jest to znacznie prostsze Podjazd staje się coraz bardziej wymagający, cieszę się że wczoraj podregulowałem przerzutki, odczuwalnie ułatwia to jazdę. Widząc kanion i rzekę wzdłuż której sunę, pojmuje że ten podjazd może być baaaardzo dłuuugi. 

Towarzyszy mi zachodzące słońce, idealne towarzystwo na samotniczką podróż... Stromość się zaostrza. Zmieniam bieg za biegiem. Widząc przy mijanych, zadbanych i bogato dopieszczonych domach ludność cygańską, konstatuję że jednak się zasymilowali.

Zabudowania są coraz rzadsze. Równoległą drogą idzie młody Cygan z nagim torsem, jest piękny, przyglądam się mu, ma w sobie jakiś magnetyzm. Wyczuwa to, zdaje się być świadom i zadowolony z mojego zachwytu jego fizycznością, macha mi. Podziwu godna swoboda i lekkość - wolność. Uśmiecham się do niego i przyspieszam bo drogi którymi suniemy schodzą się nieco powyżej, a czuje ze lepiej abyśmy się nie spotkali.

Paręset metrów dalej, po lewej stronie mijam karczmę. Rozważam możliwość zatrzymania się na kolacje – nie żeby u nich coś jeść, co to, to nie; z chwilą wyjazdu z Bardejova zakończyłem dyspensę i tę ciężką dietę, wracam do wyłącznie roślinnego jedzenia. To co tu mnie wabi, to stolik przed lokalem, przy którym mógłbym rozłożyć się z kolacją – swoją kolacją, którą wiozę na bagażniku.

Pomysł przemawia do mojego żołądka. Zajeżdżam nawet na plac manewrowy przed lokalem, od pozostania tu odwodzą mnie dwie przesłanki, pierwszą jest to, że przecież będę musiał coś (dla zasady) zamówić za skorzystanie z ich stolika; drugą: niepewność co do intencji Cygana, który zapewne idzie drogą którą i ja tu przyjechałem. Postanawiam że zjem na szczycie... bo przecież wreszcie musi być. Zataczam kółeczko przed karczmą i wracam na jezdnię. Pozwalam sobie na przekąskę. Jadąc sięgam po kolejne brzoskwinie wiezione w kartoniku ulokowanym na bagażniku.

Podjazd jest tak ostry, że zastanawiam się czy nie obniżyć siodełka, bo przepocone pachwiny (od tarcia) zaczynają dawać o sobie znać, pieczenie przemienia się w ból. Intuicja podpowiada abym przeszedł do pedałowania na stojąco. Z bagażem to mało wygodne, Intuicja nalega odwołuje się do pachwin... Wstaję i z miejsca jest lepiej, dla pachwin i kolan, dla prędkości przemieszczania się.

Mknę jakby pchany jakaś siłą... wygląda to tak, tak jakby do pewnego momentu jakaś moc mnie hamowała, wzniesieniem, wiatrem, Cyganem... tak teraz jest na odwrót a wystarczyło, że pomyślałem o szczycie, że tam przekierowałem uwagę. Chyba że stoi za tym coś innego…

Dolina wypełnia się metalicznym odgłosem, naraz, zza zakrętu wypada TIR...

Jedzie o wiele za szybko, profilaktycznie zjeżdżam do krawędzi jezdni. Widzę go jak toczy się ciężko i bezwzględnie. Jest jakieś 15 metrów ode mnie, naraz słyszę dodatkowy huk. Jakby olbrzym wpadł w dziurę lub jak gdyby przełamał się... sekundy po tym na asfalt wysypują się jakieś rzeczy... jakby pieńki, metalowe listwy i dużo innych podskakujących i toczących się przedmiotów. Jeden ze stalowych wałków, z pędem przetacza się tuż obok kola mojego roweru. 

Niecodzienny rumor mija się ze mną, większość tej kaskady absurdalnych rekwizytów, zostaje za mną, omijam te właśnie znieruchomiałe; uświadamiam sobie, że gdyby któryś z tych przelatujących obok przedmiotów trafił we mnie... krucho mogłoby się to skończyć. Wystarczyłoby być o metr z tyłu, jechać nieco wolniej... a turlające się z impetem metalowe przedmioty skosiłyby mnie…

Oglądam się, biały osobowy samochód jadący za mną, zjeżdża na pobocze, miga awaryjnymi. Kierowca wyskakuje z auta i przyklęknąwszy, sprawdza stan podwozia, rzuca wiązką siarczystych polskich przekleństw. Kierowca TIRa, po wyhamowaniu wybiega na jezdnie, również daje werbalny wyraz swojemu niezadowoleniu, a przy okazji manifestuje narodowość. To także Polak, również krzykliwy. Starcie dwóch kogutów. Nic tu po mnie, zwłaszcza, że z dołu podjechały inne auta, poradzą sobie.

Przez dalsze parędziesiąt metrów jazdy, macham gnającym z góry aby zwolnili, zwalniają.

Już nie ma potrzeby pedałowania na stojąco, nie odczuwam już piekących pachwin czy zmęczonych kolan. Jest za to refleksja nad tym co się stało. Co mnie ominęło choć było tak blisko. Co miało mi to zakomunikować ? Bo to że miałem być tego widzem a nie uczestnikiem nie podlega wątpliwości.

Dookoła dżungla. Krzaki i gesty las. Krótko przed szczytem Rozum podpowiada abym rozbił się na leśnej drodze, wszak noc blisko; Intuicja sugeruje by jechać dalej. Końcówka podjazdu okazuje się szczególnie ostra; gdy wreszcie dojeżdżam na szczyt, w zachwycie widokiem robię zdjęcie. 

Niebo zaciągnęło się chmurami. Czas najwyższy na znalezienie miejsca noclegowego. W pobliżu dostrzegam boczną szutrową drogę, prowadzi do położonego nieco dalej domku, wjeżdżam w nią. W mig znajduję polankę pełną ziół, idealna miejscowa. Wchodzę na pagórek i delektuję się tym co widzę, z jednej strony wzgórza kanion którym przybyłem. Z drugiej, w dole jakaś osada. Upewniwszy się że mogę, rozkładam namiot, wypakowuje rzeczy, żonę lżejszą o bagaże przypinam do drzewa.

Zjadam kolację – fasolka w pomidorach (z puszki) z razowym chlebem. Czas wrócić do weganizmu, tego stylu życia który promuje np., Fundacja Uważność Bycia.

Ochładza się, wchodzę do namiotu i słuchając wieczornego koncertu świerszczy, tylko niekiedy przerywanego pisko-westchnienio-jękami jakiegoś zwierzaka, owinięty w śpiwór biorę się za pisanie.

Nachodzi mnie myśl: a może ten Cygan szedł za mną, moim tropem... może dostrzegł świecący smartfonowi światłem namiot i... przyjdzie tu... – pytania zadawane z pozycji dziecka, zastraszonego i zmanipulowanego takimi głupimi tekstami. Nie płosze tych pozornie niedorzecznych myśli, skoro przyszły to po coś. Z lubością przekłuwam kolejny balon iluzji, kolejny fałszywy program, odsyłam tego wrednego wirusa do Światła, niech leci na księżyc, odbije się od jego powierzchni i pofrunie wprost do Słońca! Ono go przetransformuje w Nieskończone Dobro. Na szczęśliwą drogę daje mu Uśmiech, oddala się usatysfakcjonowane, od razu mi lżej A temu Cyganowi co pojawił się aby mnie zatrzymać bym przeczekał spotkanie z tirem z Serca dziękuję, wysyłam mu Miłość. Natomiast Rozum, który mi tak "dobrze" doradził, odwiódł od spotkania z nieznajomym... proszę aby takich figli już mi więcej nie płatał!

Po ponad trzech godzinach dziobania na klawiaturze dotykowego ekranu. Zauważam światła auta na drodze, obok której założyłem bazę. Wóz przejeżdża bez zatrzymywania się. Na niebie, spomiędzy chmur prześwituje księżyc. Dochodzi północ. Robi się zimno, świerszcze poszły spać, i na mnie czas.

 

Dystans dnia: 26 km (100% podjazdu)

 

 

2018 08 - 5

 

2018 08 - 6

 

 

Dzień 4.

Sierpniowa noc w Karpatach potrafi dotknąć szpiku kości, zwłaszcza jak spędza się ją przy gruncie (a dosłownie: na gruncie). Do tego na przewiewnym wywyższeniu. 

Mam dobrze izolującą mate, śpię owinięty śpiworem po szyję, z przykrytą głową a i tak najcieplej nie jest. 

Za preludium tego dnia robi pianie koguta, budzik jakich już mało – z jednej strony wzniesienia. Od drugiej strony zaczyna się poranna gra światła i cienia – to pierwsze zwycięża.

Pęcherz od połowy nocy dawał mi znać ale w to wilgotne zimno nie zdecydowałem się na opuszczenie śpiwora, namiotu. Dopiero teraz, realizuje tę potrzebę. Pierwszy kontakt z mokrą i zimną od rosy trawą jest przenikającym doświadczeniem, potem już tylko przyjemnym.

Rozciągam ciało, bose stopy masuje ziołowy, kolorowy kwiatami dywan. Zaciągam się cudowna świeżością tej chwili. 

Uśmiecham się do żony, wierny z niej jednoślad! Ma jedną (istotną) wadę – nie odwzajemnia uśmiechu. Nie jest tą, którą mógłbym pieścić uczuciem, myślą, słowem, uśmiechem, byciem, bliskością, SOBĄ; tą która doceniłaby te starania. Wiem, że wiele wymagam, bo jaka realna kobieta zniosłaby tyle co ta jednośladowa? Gdzie jest ta, która zdołałaby dotrzymać mi tempa, ta której nie męczyłbym swoim stylem i sposobem bycia; której byłbym inspiracją, która byłaby mi motywacją; która byłaby chętną do współpracy w dziele Wielbienia Piękna Świata, gdzie jesteś Kochana Świetlista Istoto. Co robisz, gdy ja snuję te refleksje... 

Biorę łyk zachowanej z wczorajszego wypadu do źródeł wody, zostało niewiele, porcja po porcji – celebruje z artystycznym namaszczeniem. Wykonuje zestaw ćwiczeń energetyzujących opartych na qigong. Chłonę Kosmiczny Nektar, Naturę w najbardziej czystej postaci.

Skupiam się na oddychaniu, na uważności... w ślinie wyczuwam słodkawy posmak prany, Pokarmu Bogów. Energia płynie sowicie. Wchodzę głębiej w oddech, zaczynam medytacje. Błogo jest po prostu BYĆ.

Szczekanie psa z osady poniżej sygnalizuje, że już czas wracać do matrixa. Otwieram oczy. Odwzajemniam uśmiech Słońcu, przepełnia mnie wdzięczność za ten cudny poranek.

Szutrową drogą przy "mojej bazie", przejeżdża auto, zapewne to samo, które jadące w przeciwnym kierunku, widziałem w nocy. Wymieniamy uśmiechy z kierowcą. Mieszka w pięknym drewnianym domu o stromym kikuspadowym dachu, pośród bajkowych widoków, nic dziwnego, iż ma tak pogodne usposobienie.

Z każdą minutą słońce jest wyżej, jest cieplej, jestem syty i szczęśliwy, gotowy do działania, gotowy na spotkanie z kolejnym fascynującym dniem.

Przestawiam się na notes z makulatury i długopis z kartonu – konferencyjne prezenty. Świetnie nadają się do utrwalenie impresji przemijającej chwili. Mimo całej technologii i klasyczne sposoby mają swój nieprzemijalny urok.

Wczorajsze obszerne pisanie na smartfonie pochłonęło 85% prądu, kolejne 7% spożytkowałem przed chwilą poprawiając nocne dziobanie i focąc krajobraz. Końcówka nie starczy na wiele: zdjęcia, mapa, Internet, telefon... nie ma szans! Dla tego do póki nie znajdę źródła prądu, urządzenie wielofunkcyjne redukuje do roli aparatu fotograficznego, przechodzę w tryb lotniczy.

Co za ironia, kiedyś oszczędzało się kliszę w aparacie, teraz oszczędza się baterię. W ślad za postępem idą ograniczenia.

Tak osobliwie słońce operuje jedynie w górach. Taki wiatr wieje tylko na szczytach. Ten zapach łąki i jej odgłosy. Wszystko to jest nieosiągalne w mieście.

Biorę się za zwijanie obozu. W międzyczasie, w imię gry smaków; zajadam 3 banany, w pudełku od miłej Polki przetrwały wczorajszą jazdę bez szwanku. Aby tym skuteczniej pobudzić perystaltykę jelit, na deser zagryzam "zdobyczną" kolbą kukurydzy, smakowicie dojrzała, lekko wysuszona gorącem dnia idealnie uwalnia ziarna – wzorcowe RAW (surowa dieta) na śniadanie.

Podczas składania namiotu, dostrzegam dużego konika polnego, który wskoczył do mnie w odwiedziny. Kulturalnie go wypraszam, ale on upiera się aby poskakać po moim fioletowym salonie. Bawimy się w ganianego, w tych dwóch metrach (nie)kwadratowych, nie jest to łatwe. Wytrzepuje namiot z ew. innych braci mniejszych. Odkrywam przy tym, że mój domek ma wbudowana funkcje latającego dywanu... wystarczy go unieść i przytrzymać za rogi... a on już sam faluje na wietrzyku, łączę porządki z dziecięca igraszką. Na moment jestem chłopcem puszczającym latawiec, by już po chwili stać się konstruktorem główkującym jak do roweru zamontować żagiel... to byłby eko napęd! 

Wspaniale jest stąpać po ziołowym dywanie, pieścić bose stopy; lecz równie rozkoszną przyjemność daje przytulenie się do nagrzewanych w słońcu kamieni, masowanie nimi stóp – taki spacer po szutrowej drodze, funduje sobie na odchodne, tak dziękuję Matce Ziemi – czule po Niej stąpając.

Zakładam sandały, mam właśnie ruszać. Komórka sygnalizuje dźwiękiem, że zostało tylko 5% prądu, co za ból! Nie będzie fotek.

Pierwsze 7km, to zjazd, miła rekompensata za wczorajszy podjazd. Wiatr we włosach, śpiewam wesoło. Wymyślam hymn do Matki Ziemi:

Dziękuję Ci cudu przejawie

Mieniący się paletą różnorodności

Dziękuję Ci przejawiona chwilo

Dająca poczucie sensu Istnienia

Sławię Cię Matko Ziemio

Wielbię Cię rodzicielko Piękna

Posyłam Ci uśmiech mego Serca

Niech Miłość wzrasta wszędzie

Przerywam śpiewy po 2,5 km, a to za sprawą wartko płynącego potoku.

Zatrzymuje się obmywam twarz, ręce, nogi. Lodowata woda działa pobudzająco. Częstuję się rosnącym po bokach strumienia skrzypem. Susze się na słońcu, skubie pyszne owoce czarnego bzu. Obok dostrzegam orzechy laskowe, powstrzymuje się aby po ten rarytas nie sięgnąć – trzeba znać umiar. Ależ ta tutejsza Natura cudnie mnie rozpieszcza. Wsiadam na rower i zamierzam jechać dalej, przebywam paręset metrów. 

Stoi na poboczu, zatrzymuje mnie, macha mi swymi uginającym się od papierówek gałęziami, damie częstującej takimi pysznościami nie odmawia się. Strącam te większe i dojrzalsze okazy, te obite konsumuje na miejscu, resztę pakuje do pudełeczka, przydadzą się potem (wieczorem, kiedy przypięty do gniazdka z ładowarką na stacji benzynowej będę spisywał tę sytuację, obdaruje nimi Cygankę z dziećmi).

Ze szczodrości Matki Ziemi wnioskuje że spodobał się jej mój hymn, tylko nie wiem co bardziej: słowa czy śpiew... 

Z radości i wdzięczności za tyle dobroci, jadąc dośpiewuje kolejne wersy:

Cudownie jest, pięknie jest

Mam co jeść, mam co pić

Dziękuję Ci Matko Ziemio

Dziękuję Ci Ojcze Niebo

Cudownie jest, pięknie jest...

Tak mantrując dojeżdżam do osady Ruska Vola – pisanej także cyrylicą... tak samo jak poprzedni wieś, również dwujęzyczna. Wkrótce dostrzegam i trzeci język – polski. Jest on wyeksponowany na sklepie. 

Zatrzymuje się aby to opisać w notatniku, bo komórka padła.

Na poboczu (w rowie) widzę dwóch Cyganów, pracują. Czas im umila muzyka puszczona z magnetofonu, podśpiewują i machają haczykami. Można by rzec: co za… nie tylko śpiewny ale i… pracowity naród! – to tak w ramach zastępowania złych stereotypów, dobrymi...

Pół km dalej znowu zatrzymuje się, tym razem aby obejrzeć wielotryb – niektóre biegi nie wchodzą jak powinny. Coś się rozregulowało na wczorajszym ponad dwudziestokilometrowy podjeździe. Stając tak, co kawałek robiąc postój pod byle pretekstem, ciężko będzie zrobić planowany na dziś dystans bliski setce. Oględziny nic nie wykazują, dostrajam naciąg linki i jadę dalej.

W efekcie myśli o stu km na moim bagażowym jednośladzie, Umysł zaczyna panikować. Przez kolejne km słyszę skrzypienie w kierownicy, zgrzyty w łańcuchu (nowym), fantazjuje na temat niedostatku powietrza w kołach itd. Uśmiecham się, wiem że nic z tego nie jest prawda, jest to klasyczne szukanie dziury w całym – sztuczka Umysłu – powód (droga do Polski) minąłem ją po prawej stronie. Umysł lubi schematy i chce powrotu na swój grunt. Nowe, nieznane sprawia, że gubi się, a tego to on nie lubi, stąd wyszukuje preteksty abym wrócił i odbił na przejście graniczne.

Tak właśnie (ulegając głupiemu sprytowi Umysłu) niszczone są marzenia, tak ludzie dają zniewolić się schematom i tyrani Umysłu. Dla tego z Umysłem trzeba jak z niesfornym dzieckiem, z wyrozumiałością ale i zdecydowanie. Odparowuje jego obawy przypominając, iż mam podstawowe narzędzia i w razie ew. awarii daMY sobie rade! 

Mijam kolejne sklepy z polskimi napisami, sklepy spożywcze... doskonały przykład zeschematyzowania, zniewolenia. Fałszywe przekonanie że jedzenie pochodzi ze sklepu... a przecież sklep jest tylko pośrednikiem. Piszę te słowa stojąc bezpośrednio przy źródle jedzenia, przy dorodnym dziko rosnącym krzewie rokitnika. Zajadam jego owoce idealne na upały – stąd pochodzi jedzenie z Natury. Ważny jest ten bezpośredni kontakt, wymiana. Wzięcie ale i danie czegoś... Posilam się, a na odchodne zostawię coś od siebie, odrobinę nawozu, tak działa przyroda – oto deal doskonały!

Na horyzoncie zarys Tatr, ten widok, to skuteczna motywacja, widzialność celu ułatwia jego osiągnięcie... 

Mijam potężne pastwiska. Na jednych pasą się krowy na sąsiednich trawę skubią traktory i maszyny. Koszą i na bieżąco zwijają w potężne bale… zwijają zieloną (?!?) jeszcze trawę... te wzgórza a w tle Góry Wysokie – obłędny widok. Bardzo zdjęciowy. Ale fotki nie będzie mimo iż „klisza” jest... brak prądu.

W miejscowości Plavnica widzę reklamę pobliskiego uzdrowiska. Pytam napotkaną osobę czy jest tam źródło z wodą mineralną, twierdzi że jest. Cytuję: to blisko, trzeba w lewo, ale najpierw kopec... równiny tu nie uświadczysz. 

Lubovnaske kúpelny, to przytulne ustronie, przekonanie się o tym kosztuje mnie 4 dodatkowe km, lecz warto. Tak silnie zmineralizowanej wody jeszcze w życiu nie piłem, jest pyszna przypomina tę z Kotliny Kłodzkiej. Nie tylko pije i nabieram w szklaną flaszkę, również... kąpię się pod nią! Wysoki kran i szeroki strumień doskonale to umożliwiają, akurat nie ma ludzi, więc korzystam.

W Stara Lubovňa dostrzegam szansę na źródło prądu – market (szkoda że dopiero teraz, bo parę km wcześniej, miałem piękny widok na tutejszy potężny zamek górujący nad miasteczkiem. Byłoby super zdjęcie...) W marketowym pasażu znajduje gniazdko, muszę odłączyć samochodzik, tę wyjąca i migająca plastikowa atrakcje dla której (m.in. - niektórzy) rodzice odwiedzają tego typu sklepy. Udaje mi się tak przez ponad półtorej godziny, aż podchodzi "ktoś ważny" z pracowników i prosi abym już skończył, bo dzieci potrzebują dostępu do zabawki... no dobrze.

W ramach odwdzięczenia się za prąd, kupuje u nich 3 puszki fasolki w ostrym sosie pomidorowym - 0,55€ za sztukę. Poza tym biorę marchewkę z groszkiem w słoiku, ananasa, chleb z kminkiem – za wszystko 5€ a jedzenia na 2 dni!

Kieruje się na Poprad. Jadąc wzdłuż rzeki o tej samej nazwie, wyglądam za jakimś zejściem do jej koryta. Marzy mi się kąpiel. Ale nie wszystkie marzenia są do realizacji na "już". Gdy się to zrozumie i pokornie da wieść Losowi, Uniwersum zsyła nam znaki, gdy się je dostrzeże, jest szansa na alternatywne rozwiązanie. Rzeka i droga, którą jadę zaczynają się rozchodzić. Rozumiem, że tak miało być, nie było mi pisane odbyć tej kąpieli, nie zaistniała w Kosmicznym Planie. 

Uniwersum dało mi jednak coś w zamian: swoistą sugestie. Na podjeździe, jadąc spacerowym tempem spostrzegłem kota – symbol indywidualizmu ale i mądrości. Zastanowiło mnie to, skąd to (bądź co bądź) domowe zwierzę na tym totalnym bezludziu ? Jakaś abstrakcja! Dało mi to do m-y-s-l-e-n-i-a. Siedział w trawie i mył się z pełnym zaangażowaniem. W lot pojąłem. Takie czyste zwierzątko a nie wchodzi do wody (!). Więc jest sposób! Gdy tylko wjechałem na szczyt, sięgnąłem po koszulkę przytwierdzona gumami do bagażu. Jak pokazał mi kot, z pełnym zaangażowaniem, z namaszczeniem "umyłem się"; pot który właśnie wydusił ze mnie ten podjazd rozpuścił brud, kurz, toksyny. Co za ulga, tyle syfu! O tyle lżej. Koszulka z białej zmieniła się w szaro-popielatą. Gdyby nie to, iż przywiozłem ją z Nowego Jorku, stałaby się ścierką rowerową, a tak, to dostanie szansę, może po entym praniu odzyska biel. 

Spoglądam za siebie. W duch dziękuję Nauczycielowi o kociej podobie.

Tatry coraz bliżej, coraz lepiej widoczne. Zatrzymuje się na stacji benzynowej (o której wspomniałem wcześnie), tu oglądam moment chowania się słońca za wierzchołki potężnych słowacko-polskich gór. Po drugiej stronie tego skalnego masywu jest Zakopane. Tu już zapada zmrok... a u Was, w Polsce zachód manifestuje się pełnią, myślę o Was i wierzę, że korzystacie z tych wspaniałych wieczorów, że wychodzicie na spotkanie magii zachodzącego słońca.

Ładuję komórkę, piszę. Jadę dalej. Jest już noc gdy znajduję dogodne miejsce noclegowe. Czeka na mnie! Pachnie świeżo skoszoną trawą i ziołami, które walają mi się pod nogami. Grabie, oczywiście rękoma, wyczuwalna jest już nocna wilgoć. W dali zarysowuje się dobrze rokujący widok, panorama zapowiada się przednia! 

W księżycowym świetle, ustawiam namiot tak, abym po przebudzeniu miał widok na majestatyczne Tatry.

 

Dystans dnia: 75km

 

 2018 08 - 7

 

2018 08 - 8

 

Dzień 5.

Ustawienie namiotu frontem do masywu Tatr, procentuje bajecznym widokiem, wprost z mojego fioletowego apartamentu. 

Czekam ma ten moment od 4ej. Aż wreszcie zaczyna się wyłanianie z bezforemności, krystalizowanie faktury skalistych ścian.

Dopiero gdy wychodzę z namiotu, odkrywam gdzie się rozbiłem, to łączka przy zabudowaniach schowanych za krzaczastym ekranem.

W podzięce dla tego miejsca, za tak wyjątkową gościnę zasiewam kukurydze, nasiona rozrzucam tam, gdzie nie wejdzie kosa, na stromy stok, między głazy. Jedzenie powinno być dostępne wszędzie i zawsze, powinniśmy się nim dzielić a nie sprzedawać je. Tak jak jabłonie, które mijam – dają każdemu; nie pytają czy ktoś jest swój czy obcy: Słowak, Polak, Cygan; czy ma czym zapłacić czy nie, dają bezwarunkowo – to jest NATURALNY stan, cała reszta to cywilizacyjna patologia, następstwo ludzkiej ignorancji.

Dosuszam tropik, zaczyna się skwar. Zapowiadane na dziś 30C, staje się faktem. Na diecie wegańskiej zapotrzebowanie na płyny jest mniejsze, ale już wiem że dziś muszę mieć więcej wody niż zwykle.

Dopiero, teraz gdy słońce zaczyna nagrzewać te skoszone cuda natury, czuje różnorodność ziołowych zapachów. W cichości Serca, dziękuję gospodarzowi, za tak unikatowe warunki, w których mogłem rozbić namiot. Po trawie przebiega jaszczurka, to na szczęście!

Resetuje licznik, ruszam.

Żywioł powietrza mi sprzyja. Wyrażam wdzięczność Wiatrowi za przychylność.

Zwiedzam Kežmarok. Na skwerze spotykam pomnik miłośnika gór, fotografika i humanisty – Alfréda Grósza, uwieczniam się z nim. Na starym mieście wchodzę do informacji turystycznej, wychodzę z mapą ścieżek rowerowych dostępnych w regionie.

Niby warunki sprzyjające ale, ciężko się jedzie, magnetyczny urok Tatr skąpanych w słońcu zmusza mnie do postojów i fotografowania – na szczęście, w spożywczaku gdzie kupowałem wodę, było gniazdko, sowicie skorzystałem, mogę pstrykać kadry i to bez stresu, w jakimś sensie kontynuować dzieło wielbienia Tatr praktykowane przez Alfréda.

Na obrzeżach miejscowości Pobrad dębieję ze zdumienia... moje przyrównanie Cyganów spotykanych pierwszego dnia, do Hindusów, w kontekście tego co widzę, było w pełni zasadne. To co objawia się moim oczom, to slumsy... takie jakie widziałem w Bombaju, takie jakie pokazuje się w filmach, opisuje w książkach... Robię im zdjęcie. Cyganie coś krzyczą, wyjmują aparaty... kolejne zaskoczenie (?), focą i filmują mnie... Czuje się pewnie bo stoję na wiadukcie... ale, ale zaczynają iść w moim kierunku, całą grupą, parędziesiąt ludzi... nadal się im przyglądam. Od grupy dołączają się chłopcy i młodzi mężczyźni... zaczynają biec.

Wdrapują się na nasyp, widząc jak im to sprawnie idzie, z jaką zawziętością spoglądają, pojmuje, że to jest moment kiedy trzeba salwować się ucieczką... i to szybko! 

Oddalając się, zerkam za siebie, sprawdzam czy nie są już na drodze. Stojąc na światłach, zastanawiam się... Komu wysłali zdjęcia które mi zrobili? Czy za skrzyżowaniem nie czekają ich ziomkowie? Łapię się na tym, że Umysł zapędza mnie w ciemny róg. Sięgam po antidotum i z miejsca zły czar pryska.

Kieruje się na starówkę. Wchodzę do informacji dla turystów, mają nic więcej ponad to, co otrzymałem u poprzedników. 

Czerwoną trasę mam znaleźć na rondzie, rondo jest, oznaczenia brak... pytam rowerzystę. Mówi że tu tak ze wszystkim. Deklaruje, że mnie poprowadzi, bo jedzie do pracy w tym samym kierunku. Po drodze pomstuje na lokalne władze, wspomina o nadchodzących wyborach, życzę mu takiego prezydenta jakiego ma Wałbrzych, zapraszam do odwiedzenia naszego Laso-Grodu.

Przyglądam się rzece, wzdłuż której jedziemy, i już wiem... co należy zrobić. Dziękuję uczynnemu Słowakowi za pomoc, życzę miłego dnia, a sam zatrzymuje się przy jednym z kamiennych umocnień. Parkuję żonę, wyjmuje z sakwy ręcznik, zdejmuje spodenki. Wreszcie się doczekałem! 

Wchodzę do czystej, przyjemnie chłodnej wody. Nogi, ręce, głowa, tors. Siadam, kładę się. Odmakam. Nurt jest łagodny, głębokość do łydek – idealnie.

Spełnia się marzenie z wczoraj, wystarczyło poczekać na dogodną Kosmiczną konfiguracje skorelowana z uwarunkowaniami przestrzennymi.

Woda to niesamowity żywioł, niby dotyka skóry a przenika dużo dalej. Bokserki, w których wszedłem, służą za myjkę... przemykający alejka rowerzyści, rolkowcy, biegacze - reagują różnie. Dla części, golas w rzece to żadna sensacja – i tych obdarzam tą samą neutralnością, dla innego ludzkiego rodzaju, to powód aby się uśmiechnąć – tym odwzajemniam uśmiech, są i tacy, dla których, to powód do krytycznej czy niezdrowo pożądliwej miny – tych zbywam stosownym spojrzeniem.

Ileż można wyczytać z ludzkich spojrzeń! Co ja na to? Ja... wywieszam białą flagę... w postaci przewieszonych przez linki przy kierownicy, przepłukanych slipek – używanie detergentów w rzece byłoby mocno nie na miejscu – stąd tylko przepłukanych a nie wypranych, grunt że białych. 

Kawałek dalej czytam, że rzeka Poprad, jako jedyna słowacka rzeka wpada do Bałtyku, a swoje korzenie ma w Polsce. Takie ciekawostki lubimy.

Zapowiadało się tak upalnie, a przez większa część dnia wiszą nade mną ciężki obłoki, co jakiś czas spadnie z nich parę kropel deszczu. Dla moich mahoniowych pleców, to istna uczta doznań.

Ścieżka spaja Poprad i Svity. Na całej długości ulokowane są tablice informacyjno-edukacyjne. Ich hasło przewodnie to: "Łączy nas rzeka". Miły i ważny gest Słowaków na rzecz umacniania przyjaźni między naszymi narodami. 

Tutejsze zarośla i krzaki to "granica" dwóch różnych światów. To co znajduje się po "drugiej stronie" sygnalizują nieregularne dachy wykonane z byle czego, niechlujnie, prymitywnie. Co jakiś czas wystaje krzywy komin zrobiony z rdzewiejącej rury. Prześwitujące zza zarośli budy zrobione są z czego się da... Choć korci mnie, to nawet nie sięgam po aparat, lekcja odrobiona, już wiem jak oni tego nie lubią a tu nie ma ani wału ani gdzie wiać... przypomina mi się film "Papusza", zaczynam pojmować więcej.

Ścieżka kończy się po paru km za miastem, wjeżdżam na główną drogę, na szczycie, równolegle przebiega ekspresówka i większość aut wybiera tamtą, szybszą opcję.

Nie mogę oderwać oczu od Tatr, żonę też ściąga na prawo. Zjeżdżamy na asfaltowy dojazd na prowadzący pole, na którym akurat trwają żniwa. Część słomy jest już wysuszona i zwinięta w bale. Żona ciągnie ku nim... zaczynam podejrzewać, że wzięło się mej drogiej na amory w plenerze... ale nie, ona ustawia się do zdjęć... taka z niej modelka, ze hej! 

Po sesji, po uwiecznieniu ulotnych ekspresji przepadających w bezczasowości chwili, ruszamy dalej. Jedzie się super, aut mało, asfalt nowy, droga szeroka a do tego z wydzielonym poboczem. Tak można podróżować!

Wypiłem, cały zapas wody. Do wieczora daleko, liczę na jakiś punkt gdzie uzupełnię płyn i doładuje baterię w smartfonie – już padającą a jeszcze notatka z dzisiejszego dnia czeka na (prze)pisanie.

Jadę w nieznane a do tego o suchym gardle, ale jestem dobrej myśli, bo... skoro ptaszki nie sieją, nie zbierają a żyją – i jak dobrze się mają, to i mi Los da co najlepsze na dany czas. Prowadzi je wierność naturze. Nie myślą, nie komplikują. Ufają i mają się świetnie, i ja ufam; wiem, że będzie dobrze. 

Wodę kupuję w przydomowym sklepiku (który – jak wynika z kartki na drzwiach – już dawno powinien być zamknięty) w jakiejś małej mieścinie, następnie wypatruje... sam do końca nie wiem czego, czegoś z prądem... najlepiej stacji paliw, jak ta wczoraj, gdzie gniazdko było na zewnętrznej ścianie budynku. 

Do zmroku została godzina, może półtorej... w swojej maluczkiej człowieczkowości, błagalnie ponaglam Uniwersum, bo przecież nie zdążę naładować baterie, napisać wszystko i jeszcze znaleźć miejsce na nocleg o rozłożeniu się nie mówiąc.

Na rozgałęzieniu: Liptovský Mikuláš i Brezno wybieram to pierwsze, przemawia za tym wiele zwłaszcza zbiornik wodny… fajnie byłoby (jutro) wykąpać się w pobliskim jeziorze. Po paruset metrach, na prawo, wyłania się zajazd. Nie mam wątpliwości, że to dzisiejszy cel. Zaczynam od obejrzenia zewnętrznych ścian..

Siedzący przy stołach ludzie patrzą na mnie podejrzliwie... rozumiem ich zafrapowanie, ale przecież nie będę im tłumaczył, że szukam gniazdka... Żadnego, ani pół. W tej sytuacji, muszę wejść do środka... czyli wypada coś zamówić... patrzę w kartę, standard – pozycji dużo ale dla weganina mizerota. Podchodzi kelnerka, pyta co sobie życzę... korci mnie aby jej powiedzieć, że prądu ale tego przecież w karcie nie mają... pytam o dania dla wegan. Patrzymy na sałatki, zostaje jedna – mix warzyw... znam ten motyw, wiem jak kucharze nie mający doświadczenia w wege daniach potrafią spartolić to jakże proste jedzenie; asekuracyjnie pytam czy można dodać do tego jakiś dressing bez nabiału i majonezu itd... można, na stołach jest oliwa i winegret oraz tabasco. Tak ma być. Jeszcze nie wiem czemu, ale tak właśnie ma być. Zamawiam. Jednocześnie pytam o gniazdko – tylko wewnątrz... okay.

Zapinam żonę, biorę notes. 

Gniazdko jest ale tylko przy kasie, oznacza to, że ciężko będzie się "zasiedzieć"... i o tyle dłużej podładować baterię. Czemu, czemu tyle komplikacji? Ale czymże są komplikacje – okoliczności motywujące do znalezienia alternatywnego rozwiązania. 

Zjadam sałatkę, trzeba przyznać, że kucharz się postarał.

Płace, daje kelnerce napiwek licząc, że mnie nie wyrzuci i stojąc przy tym gniazdku przy kasie, zaczynam przepisywać dzienne zapiski. 

Zerkam w okno, już szarawo. Przyśpieszam pisanie. Wyczuwam, że mają mnie (stojącego w przejściu) dość. Wytrzymują tak godzinę. Wychodzi kucharz i pyta czy już się naładowało, z uśmiechem mu odpowiadam, że mają tu jakiś rzadki prąd, bo jeszcze nie... mój wesoły ton go rozbroił; odpowiada (jakby wbrew uprzednim zamiarom), że czynne jest do późna, że mogę ładować dalej. Uff! Kelnerki są mniej układne, naraz okazuje się, że jednak mamy na sali gniazdko... ta "moja" pokazuje mi gdzie mogę się przełączyć... siedzę tam aż do zamknięcia lokalu.

Gdy wychodzę na zewnątrz jest czarna noc. Pachnie deszczem. Nad górami błyska się. U kogo na łące tej nocy wyląduje ? Zważywszy że przede mną las i góry, możliwe że przyjdzie mi spać u samego niedźwiedzia...

 

Dzienny dystans: 67 km

 

2018 08 - 9 

 

2018 08 - 10

 

 

Dzień 6.

Noc ustępuje, dzień się budzi. Ze snu wyrywa mnie kudłaty zwierz, na szczęście nie jest to niedźwiedź a jedynie tutejszy stróż – wielki pies. Stoi parę metrów obok i mnie obszczekuje (dobudza). Z poziomu wspólnego wszystkim czującym istotom, dziękuję mu za tę przysługę; gdy już jestem dobrze wybudzony, macha ogonem usatysfakcjonowany, odchodzi.

Dopiero teraz widzę gdzie spędziłem noc. Przed sobą mam... piramidę (!), idealny trójkąt porośnięty lasem – kolejna do odkopania po tej w Bośni. Staje się jasne co mnie tu tak ciągnęło, stąd ta energia. Zdjęcia nie robię, przyczyna jest oczywista.

Medytuje. Zwijam śpiwór. Opuszczam to miejsce.

Odjeżdżam kawałek, staje na poboczu, aut jeszcze mało. Opróżniam pęcherz. Nawadniam organizm wczoraj kupioną wodą. Zjadam zgromadzone jabłka i banany (ten cytrus jest szczególnie dobry dla uprawiających sport), które wczoraj kupiłem z wodą. Jest zimno. Zakładam skarpety, na głowie mam kaptur, na plecach bluzę. Szczytów Tatr nie widać, zatonęły w obłokach.

Jadę intuicyjnie, byle przed siebie, z zaledwie mglistą wizją tego którędy dotrę do celu – to "samo" się wyklaruje... w głowie składam, jak opisać wczorajsze wieczorne wydarzenia... Narrację zakotwiczam w momencie, gdy stałem przy kasie i dziobałem tekst na ekranie...

Ewidentnie mieliśmy coś do przepracowania, czułem to w każdym jego spojrzeniu, słowie, dotyku – wszystkie były mi uciążliwe, wzbraniałam się w subtelny sposób ale on, czy raczej to coś, co mieliśmy przepracować, napierało, używało sobie.

Sytuacja dojrzewała. Znikał za kuchennymi drzwiami i wracał by mnie zagadać, poklepać po ramieniu, dotknąć w plecy. Zaczepić kelnerkę. Pobełkotać coś do siebie. 

Po którymś razie wrócił z młodszym kucharzem, stwierdził że tamten też jeździ na rowerze po górach, że możemy sobie porozmawiać. Przy okazji, okazało się, że to ten młodzik przygotowywał mi surówkę. 

Starszy ze Słowaków dociekał czemu mówię do nich po czesku skoro jestem Polakiem, odparłem, że to z sentymentu, bo jak im powiedzieć, że ich język uważam za wykoślawiony czeski, ew. połamany polski... że mówiąc do nich językiem Nerudy, mam nadzieję, iż w końcu wrócą do właściwej wymowy.

Wracał. Wciąż wracał...odrywał mnie od pisania. Przy każdej odsłonie swoich prymitywnych popisów, coraz bardziej pijany. Coraz bardziej obleśny. Denerwujący swoją nachalnością, ale co zrobić – prąd jest teraz priorytetem, nawet jak nie piszę, to choć ładuję telefon.

Dopytywał jak to robię, że jem rośliny i mam sile jeździć po tych górach. Odpowiadam, że to właśnie dzięki tym roślinom, za przykład przywołałem byka, konia, słonia... wszystko to są roślinożercy a jaka siłą, jaka wytrwałość i masa... 

Podłapał.

- no, ja też mam masę (pomasował się po opasłym brzuchu) i siłę, tez mam...

- masz tyle aby pojechać na rowerze do hospody...

- ani nie, chcesz abym się zasapał! - odrzekł i rozochocony żartem, oburącz , od spodu złapał swoje sadło, potrząsnął nim i dorzucił: to jest duże, ale to - i tu chwycił się za jądra - jeszcze większe!

- gdybyś miał duże, to byś się nie chwalił – odparowałem zażenowany.

Tu sypnął słowami i gestami, które sprawiały, że stojąca u kasy kelnerka zaczerwieniła się i popełniła błąd w nabijanym rachunku.

Przyglądając się temu typowi, nie miałem wątpliwości, że to osobnik zniewolony wieloma nałogami, u którego znajduje zastosowanie porzekadło: ogon macha psem.

Moja tu obecność była misją specjalną, dla mnie samego nie do końca zrozumiałą. Miałem mu COŚ pokazać, zainicjować budzenie... być światełkiem w mroku, które raz ujrzawszy, będzie ku niemu bardziej świadomie dążył.

Gdy już ciemną nocą wychodzę z gospody, siadam na ławie przed lokalem; odsapuję, biorę głęboki wdech, zrzucam całą tę ciężką energię. Planuję dokończyć notatki a następnie ulokować się w kącie i po cichaczu tu przenocować, ale, ale – nie tak szybko, nie tak łatwo. Po kolei... 

Nim zdążę dobrze się rozpisać, cień mnie odnajduje. Wychodzi i dosiada się, równo już wstawiony. W ślad za nim przysiada się jego kolega dotychczas potulnie pojący się piwem. Zaczynają wypytywanie, gdzie śpię, skąd i gdzie jadę. Nie widząc sensu poważnej rozmowy z pijusami żartuję, że pojadę tam gdzie mnie poniesie a nie śpię nigdzie, bo w nocy jadę. Bajdurzę o system polegającym na tym, iż jadę nocą a śpię w dzień. Dziwią się. Że jak to, w nocy? Tak – tłumaczę – bo nie ma upału i mniej aut. Kucharz stwierdza, że to niebezpieczne, że on bałby się... podpytuję czego ale nie chce lub nie potrafi sprecyzować.

Wyjawia, że mieszka w Čadca. Kojarzę tę nazwę z jedną z opcji jakie rozważałem pod kątem trasy, mimo że pijany, to mógłby dać mi jakieś wskazówki co do dróg, objazdów, atrakcji. Pytam jak wracałby do swojego miasta gdyby jechał z jeziora, które mu pokazuję na mapie, które tak mi się zamarzyło. Nie mówi nic ponad to, co wynika z mapy. 

do rozmowy dołącza jego kompan. Jakby na umówiony znak, zaczynają nadawać dwugłosem; przestrzegają mnie, abym się nie kąpał w tym jeziorze, bo tam grasuje potwór, szczególnie nocą, okoliczni mówią, iż zdarza się mu pożerać ludzi. Najwyraźniej i oni nie stronią od bajania. 

Po jego kolegów i kelnerki przyjeżdża samochód. Zostajemy sami. Zaczyna od propozycji czegoś do picia, na początek kieliszeczek, a gdy odmawiam, proponuje lampkę, następnie pokal... nie dowierza, że nie przyjmuje jego zaproszenia. Na zagładzenie rozczarowania rozpoczyna recytacje listy napojów zakończoną wodą. Gdy i temu nie ulegam, przychodzi pora na jedzenia – że mi cos przyrządzi... - wszystko za darmo, przecież jest tu szefem kuchni a że już nieczynne, to można. Dziękuję i za tę propozycję. Proszę aby się nie gniewał i zrozumiał: noc nie jest czasem jedzenia ani picia.

Pytaniem o to czym się zajmuję, prowokuje mnie do napomknięcia o moim doświadczeniu w roli wegańskiego kucharza. To daje asumpt do rozmowy na kolejne długie minuty, wypytuje mnie o przykładowe dania oparte wyłącznie na roślinach. Pokazuję mu zdjęcia, moich kulinarnych dzieł. Zaciekawia się, docieka receptur. Udzielam mu wyczerpujących odpowiedzi. Deklaruje, że od rana zacznie je wdrażać.

Usłyszawszy, że tu nocuje, bo od 6-ej szykuje półprodukty na obiad, liczę że wreszcie pójdzie spać. Wolę nie pytać czy mogę przenocować, bo pewnie nie da mi spać na ławce, męczyłby abym poszedł do środka; a Intuicja podpowiada mi, że z tym mogłoby wiązać się ryzyko, bo ten zdeformowany człowiek nie panuje nad swoimi zmysłami.

Na szczęście zaczyna się mecz, mój wymuszony interlokutor oddala się, idzie oglądać sportowe zmagania, proponuje abym mu potowarzyszył... dziękuję, wykręcam się pisaniem.

Po meczu wychodzi zapalić i sprawdzić czy jestem. Przysiada się i na nowo zaczyna toporną gadkę. Zaczyna od tego, że właściciel lokalu to wegetarianin, że przywozi przyprawy z Indii, ale oni na kuchni z nich nie korzystali, bo nie wiedzieli jak i z czym łączyć, ale skoro już mu dałem gotowe przepisy, to on jutro coś dobrego ugotuje – deklaruje i od razu neguje, rzucając pytanie w ciemność o to, kto będzie to jadł. Odpowiadam, że konsumenta trzeba sobie wychować, trzeba pokazać alternatywę, nauczyć zdrowego odżywiania.

Docieka czy będę dalej jeździł, czy kieruję się już prosto do domu; mówię mu, że całe moje życie to jedna wielka podróż a najbliższa stacja w tej przeprawie, to odwiedziny przyjaciół, którzy szykują się do wesela. Usłyszał co chciał usłyszeć... na wesele, na rowerze? I gadaj tu z takim!

Niecałe 4 km dalej jest stacja paliw – wczoraj tak usilnie projektowana. Zaglądam tam, na zewnętrznej ścianie czeka na mnie gniazdko!

Sprzedawca obserwuje mnie zza szyby. Wiedząc że zabawię tu chwile, opieram rower tuż obok gniazdka, wygrzebuje ładowarkę, podpinam spragniony prądu telefon, idę coś kupić. Zaczynam od zaspokojenia ciekawości, podpytuję ekspedienta czy mają czynne całą noc: nie, tylko do 22ej a więc mogłem tu nocować, ładując komórkę, pisząc, tylko co z monitoringiem... może bym zdążył a obeszłoby się bez tych wieczornych zawirowań, bez natręta; ale tak, tam też miałem misje...

Kupuje wegański batonik, najmniej chemiczny jak się da. idę pisać. Po godzinie, stacja paliw – znajdująca się na odludziu – zaczyna przypominać mrowisko. Jakiś człowiek ustawia metr ode mnie stolik – wygląda na przedstawiciela handlowego szykującego sobie stoisko, po chwili przynosi krzesło, asekuracyjnie wykonuję niepozorną "praktykę zjednywania Mocy", po czym pytam czy nie przeszkadza mu, że będę tu stał. Słyszę: to dla ciebie. Wow! Ale milo. Dziękuję mężczyźnie, obdarowuje go serdecznym uśmiechem. Wyrażam wdzięczność Mocy.

Mam na czym położyć notes, siedzę wygodnie. Piszę, raduje się. Dookoła widok na majestatyczne wzgórza, a przede mną... pojawia się cyklistka-podróżniczka. Wymieniamy porozumiewawcze spojrzenio-uśmiechy. Swój swojego zawsze pozna! Przedstawiam jej moją żonę, stwierdzam że ma fajnego męża... w lot chwyta mój żart. Jest amerykanka mieszkająca w Szwecji, jedzie z Turcji (z Istambułu), przez Bałkany, kieruje się do Polski, na prom do Skandynawii. Sama! A jaka szczęśliwa, jaka dzielna. Robimy sobie pamiątkowe foto, dobrze że wczoraj, po kąpieli w rzece ogoliłem się – korzystniej dla zdjęcia. Przesympatyczna osoba! Dla takich ludzi, dla takich spotkań, nawet jeśli trwają tylko parędziesiąt minut, warto przejechać setki km, to pozwala żywić przekonanie, że ten matrixowy świat ma szansę na przebudzenie.

Na niebie szaro... w powietrzu stagnacja, cisza... oby nie przed burzą. Powinienem jechać, póki jest suchy asfalt. Jednakże chcę nadgonić notatki. Piszę do chwili gdy Natura zwycięża, potrzeba opróżnienia jelita grubego, okazuje się nadrzędna, ruszam znaleźć miejsce czekające na użyźnienie go.

Ustronie, zapach ziół i śpiew ptaków – idealna toaleta. Jedyny mankament to papier toaletowy, który używam, dlatego aby nie zostawiać tego typu "śladów", przysłaniam ziołami to co wydaliłem. Kilka km dalej spotykam kolejną stacje: SLOVNAFT, ciekawi mnie czy i tam mają gniazdko. Mają! Aż dwa. Siadam na takim samym czerwonym krzesełku przy takim samym czerwonym stoliku jak kilkadziesiąt minut wcześniej – przyszłościowo, tankując na Słowacji muszę o nich pamiętać, mają złoto (żółto)-czarne logo.

Owszem, mogłem skorzystać z toalety na stacji ale, kto skosztował przyjemności wypróżniania się w naturze, wie o ile to... przyjemniejsze, właściwsze, zdrowsze dla jelit, dla środowiska… zrozumienie tego wymaga odprogramowania, tylko i aż tyle.

Za witryną dostrzegam poranną twarz, to ten sam mężczyzna, który przystawił mi krzesło. Uśmiecham się do niego i kiwam głową na powitanie, waha się przez moment ale gdy dostrzega rower, odwzajemnia uśmiech. Wychodzi.

- te same krzesła, wszędzie je rozstawiacie? – zagaduję

- wszędzie, nie te same ale podobne – odpowiada wesoło.

Zaczyna mówić o pogodzie, że idzie ochłodzenie, że czeka nas deszczowy weekend, pyta dokąd jadę. Mówię mu o jeziorze, Czechach, Polsce. Uśmiecha się wymownie i pokazuje ruchem głowy na tory idące za stacją. Nic więcej. Wszystko jasne. Właściwi ludzie pojawiają się, kiedy przychodzi ich rola. Żebym nie miał wątpliwości, co do decyzji, zaczyna kropić.

Pytam: gdzie znajdę stacje. Odpowiada: 3 km dalej, w centrum. 

Ruszam, deszcz się nasila. Zatrzymuje się pod wiatą sklepu, to spożywczy, wchodzę. Z owoców mają tylko cytrusy i brzoskwinie z importu – czy to nie jest chore? Kiedy wreszcie ludzie pojmą, że należy jeść to co lokalne, cytrusy (o ile są dojrzałe) są okay, ale nie mogą zastąpić naszych owoców.

Gdy docieram na stację właśnie odjeżdża pociąg, którym mogłem jechać... Następny za godzinę ale... nie mają tam miejsca dla żony, kasjerka żartuje, że rower może jechać za pociągiem – nieczuła! Miejsce znajduje się dopiero w kolejnym, droższym połączeniu – ale czego nie robi się w imię partnerstwa, zwłaszcza między ludźmi i nie-ludźmi! 

Szukam gniazdka aby w oczekiwaniu na pociąg podładować baterie, na olbrzymim holu jest kilka zaślepionych miejsc po gniazdkach – czynnego zero. Na szczęście w sąsiedztwie dworca widziałem moją ulubiona sieciowa stacja benzynowa SLOVNAFT, jadę tam i spędzam prawie dwie godziny na wygodnym krzesełku, pisząc, obserwując to zakochaną parę, która siedzi z drugiej strony tego samego stolika – na swój sposób piękne jest to miłosne ogłupienie; to zerkam na wzgórza tak nęcące swą zagadkowością. Przestaje padać ale jest ponuro, odczuwalnie ochłodziło się, wieje zimny porywisty wiatr. Przyroda odsapnie po upałach.

Pociąg przyjeżdża spóźniony, perony są w strasznym stanie (nie funkcjonalnie niskie i znacząco nadgryzione zębem czasu), wagon z przedziałem do przewozu rowerów to Mont Everest, podłoga (względem peronu) jest tak wysoko, że rower trzeba dźwignąć na wysokość ok. 1,2m, żadnych schodów, nic – gdyby nie chłopcy już będący na platformie, musiałbym rozładować bagaż... konduktor dyryguje ustawieniem rowerów i wózków dziecięcych, straszy, że wyrzuci te, na które nie ma biletu przewozowego, ale biletów nikt nie sprawdza – matrixowe szaleństwo! Ten uczynny chłopak, który mi pomógł z załadunkiem wehikułu, też jest w sandałach i skarpetkach, spotkać kogoś kto stawia komfort nad konwencję, to sama przyjemność, uwieczniam ten fakt zdjęciem naszych… sandałów! 

Zza wagonowego okna oglądam jezioro, czy jest to owo (tym razem) niezrealizowane ? Powtarzam niezobowiązujące słowa z wczoraj: fajnie byłoby... zwłaszcza, że deszcz zastąpiła niemal tropikalna duchota, szczególnie mocno odczuwana w nieklimatyzowanym, szczelnie zamkniętym wagonie. Jedziemy wzdłuż rzeki, z jej prądem... lekko toczyłoby się na żonie.

Zauważam, że prawy pasek sandała wisi na ostatnich nitkach. Szansa że dałbym radę popedałować nim te blisko 200 km, które nadrabiam pociągiem, jest znikoma.

Na stacji Žilinia mam przesiadkę, czekam blisko dwie godziny. Nadal jest parno. Zdejmuje koszulkę – odwykłem od noszenia takich zbędności. Piszę, zajadam fasolkę w pomidorach na ostro – pyszne odkrycie, pamiątka tej wyprawy. Jem prosto z puszki, wychylając pomidorowo-fasolową mieszankę wprost do ust. Jakiś Czech pyta czy nie potrzebuje łyżeczki, to typowy Szwejkowy humor, odpowiadam że tak smakuje lepiej. 

W pociągu na Ostrawę, w rytm ulewy tłukącej o szyby wagonu, nucę przeboje Nohavicy, te nawiązujące do regionu. Ostatecznie, mimo że bilet mam do Ostrawy, decyduje się wysiąść w czesko-polskim mieście. Pozostaję po południowej stronie Olzy, oglądam czeski Cieszyn.

Jadę moim jednośladowym wehikułem, szczęśliwy że już nie pada – zawsze można znaleźć powód aby być smutnym lub radosnym. To my decydujemy.

Wieczorem wjeżdżam do Polski, będzie to kolejny świetny powód aby się weselić... i Ty o Uśmiechu pamiętaj 

  

Dziękuję za uważną lekturę. 

 

Dystans dzienny: łącznie 246 km (pociągiem 198 km, rowerem 48 km)

 

 2018 08 - 11

 

2018 08 - 12

  

 


 

2017 (12 czerwiec) W ramach cyklu Dorzecza, wałbrzysko-szczawieńscy literaci i muzycy wystąpili we Wrocławskim Klubie Literacko-muzycznym PROZA. Gwidon Hefid zaprezentował wiersze z dwujęzycznego tomiku "Rzeczywista iluzja" / "Skutečná iluze" (2015). Spotkanie poprowadził dr Karol Maliszewski. Zdjęcia Ala Śliwa oraz Waldi Saren.

 

20170612 Dorzecza 1 

 

20170612 Dorzecza 2

 

20170612 Dorzecza 3

 

20170612 Dorzecza 4

 

O wydarzeniu, na łamach Wałbrzyskego Magazynu Kulturalnego, napisała Elżbieta Gargała : https://www.um.walbrzych.pl/sites/default/files/pliki/wmk_nr3_2017.pdf

 

 WMK 3-2017

  


 

  

2017 (1 czerwiec) Gwidon Hefid stał się w żywą książkę, wystąpił jako veganin, inicjatywa zaistniała pod hasłem - Żywa Biblioteka Świebodzice.

 

20140601 zywa bibliteka wiebodzice 1

 

20140601 zywa bibliteka wiebodzice 2

 

20140601 zywa bibliteka wiebodzice 3

 

20140601 zywa bibliteka wiebodzice 4

   


 

 

2017 (12 maj) Gwidon Hefid wcielił się w żywą książkę jako veganin, inicjatywa zaistniała pod szyldem - Żywa Biblioteka / Human Library Wałbrzych.

 

20170512 zywa biblioteka  2

 

20170512 zywa biblioteka  1

  


 

 

2017 (kwiecień) Wałbrzyski Magazyn Kulturalny przypomniał o wydanej jesienią 2016 roku, jubileuszowej (piątej) książce, którą to publikacją Gwidon Hefid podsumował minioną dekadę. W Magazynie wymieniono stypendystów na rok 2017 wybranych przez Komisję Kultury przy Urządzie Miejskim w Wałbrzychu, w tym wyróżnionym gronie znalazł się również Gwidon Hefid.

 

 2017 04 WMK  2

 

2017 04 WMK  1

 

2017 04 WMK  3

 


  

 

2017 (12 luty) Gwidon wystąpił jako gość specjalny, zaprezentował swoje wiersze adresowane do seniorów, wydarzenie odbyło się w ramach akcji: "Babciu napiszmy książkę".

 

IMG 6176  kopia

 


 

 

2017 (03 luty) fotografie GH dopełniły multimedialną oprawę spotkania autorskiego Danuty Góralskiej-Nowak.

 

f5 - ok

 

f7 - ok 

 


 

 

2017 (21 styczeń) zdjęcie Gwidona pt.: "Wielbłądka", było prezentowane w galerii Biblioteki pod Atlantami w ramach wystawy zbiorowej "Prawie noc" orgaznizowanej przez Wałbrzyski Klub Fotograficzny.

 

IMG 5093  Wielbdka  kopia

  

20170121 165203

 

prawie noc Krzysztof Lewandowski 6

 

prawie noc Krzysztof Lewandowski 2 

 


 

 

2016 (31 grudzień) fotografia (autor: Gwidon) ukazująca Wałbrzych w sylwestrową noc - miejsce wykonania, Kozioł.

 

IMG 4981  kopia


 

 

2016 (18 listopad) w ramach Wałbrzyskiego Klubu Fotograficznego odbył się wieczór jednej fotografii, GWIDON HEFID opowiedział o zdjęciu wykonanym w Pradze oraz o tym z Turcji (zwycięskim w październikowej Bitwie) zamieszczonym w Klubowym kalendarzu na rok 2016.

 

2016 11 18 wieczor jednej fotografii 2

 

 

2016 11 18 wieczor jednej fotografii 1

 


 

 

2016 (11 listopad) Pamiątkową tablicą uhonorowaliśmy osobę M. Jachimowicza. Inicjatywę Fundacji Muzeion, dopełnił swą przemowa prezydent R. Szełemej. Wiersze Mistrza Jachimowicza odczytali: E. Wyrwisz-Kwiatkowska, A. Jarmułowski, G. Hefid. Foto: J. Ślaziński.

Film ukazujący to wydarzenie można obejrzeć pod TYM linkiem.

 

2016 11 11 M Jachimowicz 1

 

2016 11 11 M Jachimowicz 3

 

2016 11 11 M Jachimowicz 2

 

2016 11 11 M Jachimowicz 4

 


 

 

2016 (10 listopad) XI Noc Poetów. Ogólnopolski wieczór literacko-muzyczny.

 

2016 11 10 Noc Poetw 5

 

2016 11 10 Noc Poetw 3

 

2016 11 10 Noc Poetw 2

 

2016 11 10 Noc Poetw 1

  


 

 

2016 (9 listopad) Gwidon odbył prelekcję przed młodzieżą, nt. miejsc wartych odwiedzenia, poezję autora inspirowaną podróżami, odczytała Viola vel Viola.

Specjalny Ośrodek Szkolno-Wychowawczy, Nowe Siodło k/Mieroszowa.

 

 2016 11 9 Nowe Siodo 1

 

2016 11 9 Nowe Siodo 2

 

2016 11 9 Nowe Siodo 3 

 

2016 11 9 Nowe Siodo 4

 

2016 11 9 Nowe Siodo 5 

2016 11 9 Nowe Siodo 6

  


 

 

2016 (3 listopad)  X-lecie twórczości Gwidona Hefid. Prowadzenie Eva vel Viola.

Video-relacja ze spotkania POD TYM LINKIEM

 

 

10lecie GH 1

 

10lecie GH 2

 

 

10lecie GH 3

 

10lecie GH 4

 

10lecie GH 5

 

10lecie GH 6

 

10lecie GH 7

 

10lecie GH 8

 

10lecie GH 9

 

10lecie GH 10

 

2016 11 11

 


 

2016 (21-23 październik) XVII Broumovskie Dni Poezji

 

2016 11 03 Broumov 2016

  


 

 

2016 (14-17 lipiec) Festiwal Góry Literatury

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 0

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 1

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 2

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 3

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 4

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 5

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 6

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 7

 

2016 07 14-17 Gory Literatury 8

 


 

 

2016 (9 lipiec) XXVI Noworudzkie Spotkania z Poezją, Nowa Ruda. Biblioteka. 

 

2016 07 09 - XXVI Noworudzkie Spotkania z Poezj 2

 

2016 07 09 - XXVI Noworudzkie Spotkania z Poezja  1

  


 

 

2016 (19 luty) Gwidon Hefid wystąpił przed młodzieżą w Zespole Szkół z Oddziałami Integracyjnymi, zaprezentował pokaz multimedialny z miesięczej podróży do Indii oraz wiesze swojego autorstwa napisane w nurcie filozofii orientu.

Film z tej prelekcji jest do obejrzenia pod TYM linkiem.

 

 2016 03 19 1 GH w Zespole Szk z Oddziaami Integracyjnymi

 

2016 03 19 2 GH w Zespole Szk z Oddziaami Integracyjnymi

 

2016 03 19 4 GH w Zespole Szk z Oddziaami Integracyjnymi

 

2016 03 19 3 GH w Zespole Szk z Oddziaami Integracyjnymi

 


 

 

2016 (12 luty) Gwidon Hefid zaprezentował zdjęcia oraz opowiedział o miesięcznej wyprawie do Indii, która miała miejsce w ramach Pięknego Życia 10.I-09.02.2016.

 

2016 02 12 1 GH  - Moje Indie

 

2016 02 12 2 GH  - Moje Indie

 

2016 02 12 3 GH  - Moje Indie

 

2016 02 12 4 GH  - Moje Indie

 


 

 

2016 (5 styczeń) Gwidon Hefid odbył spotkanie autorskie w wałbrzyskiej bibliotece, filia nr 7 na Piaskowej Górze, zdjęcia autorstwa Elizy Szafert, o wydarzeniu npisano na stronie Bibliotekipod Atlantami, link do artykuły pod TYM skrótem.

 

 

2016 01 05 gh bibliotekaPiaskowaGora

 

2016 01 05 BPA filia nr 7  foto z video

 

2016 01 05 BPA filia nr 7  foto by Eliza Szafert 82

 

2016 01 05 BPA filia nr 7  foto by Eliza Szafert 8

 

2016 01 05 BPA filia nr 7  foto by Eliza Szafert 5

 

2016 01 05 BPA filia nr 7  foto by Eliza Szafert 84

  


 

 

2015 (12 grudzień) Gwidon Hefid na spotkaniu autorskim w Łodzi

 

2015 12 12 odz

 


 

 

2015 (30 listopad) w ramach 70-lecia Wałbrzyskich Bibliotek Publicznych, "warsztat 30+(niedorośli)", działający przy Teatr Dramatyczny w Wałbrzychu im. Jerzego Szaniawskiego, zaprezentował swoją interpretację poezji Mariana Jachimowicza. Gwidon Hefid wziął czynny udział w tym przedstawieniu, na zakończenie przeczytał wiersz napisany na początku swojej przygody z poezją. tekst ten powstał z inspiracji przywołanego wiesza Mistrza Jachimowicza i Jemu też był dedykowany.

Film z występu dostępny jest pod tym linkiem. 

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 2

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 4

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 5

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 6

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 1

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 3

 

2015 11 30 nasz jacgimowicz Biblioteka pod Atlantami 1

 


 

 

2015 (24 listopad) Gwidon Hefid odczytał dwa wiersze autorstwa bohatera wieczoru. Spotkanie Arturo Jarmułowskeigo poprowadziła Marzena Derdziak. Muzycznie wieczór dopełnił Marcel Kambr.

Film ze spotkania dostępny jest pod tym linkiem.

 

2015 11 24 1 AJ w Civits

 

2015 11 24 2 AJ w Civits

 

2015 11 24 3 AJ w Civits

 


 

 

2015 (20 listopad) Gwidon Hefid zaprezentował swoje wiersze przed praską publicznością w klubo-restauracji Orion na w dzielnicy Żiżkow. Wiesze Gwidona po czesku przeczytała Anna Kaczmarska.

Film z tego występu jest do obejrzenia pod tym linkiem. 

 

 

2015 11 20 1 GH w praha ORION

 

2015 11 20 2 GH w praha ORION

 

2015 11 20 3 GH w praha ORION



2015 11 20 4 GH w praha ORION

 


 

 

2015 (7 listopad) odbyło się spotkanie autorskie na którym Gwidon Hefid zaprezentował swoją nowojorską prozę oraz autorską polsko-czeską poezję, czeskie przekłady wg. swojego tłumaczenia odczytała Věra Kopecká. Prezentując literaturę bohatera wieczoru wystąpili: Renia Kimso (także w roli prowadzącej spotkanie), Marzena Derdziak, Danuta Góralska-Nowak, Ewa Kowalska (Eva vel Viola), Lidia Gil oraz Arturo Jarmułowski. Na altówce grał Krzysztof Kowalski. 

Film ze spotkania jest dostępny pod tym linkiem.

 

2015 11 7 Sudety GH  8

 

2015 11 7 Sudety GH  17

 

2015 11 7 Sudety GH  18

2015 11 7 Sudety GH  9

 

2015 11 7 Sudety GH  10

 

2015 11 7 Sudety GH  11

 

2015 11 7 Sudety GH  12

 

2015 11 7 Sudety GH  13

 

2015 11 7 Sudety GH  14

 

2015 11 7 Sudety GH  15

 

2015 11 7 Sudety GH  15a

 

2015 11 7 Sudety GH  15b

 

2015 11 7 Sudety GH  15c

pamiątkowe foto z szefem lokalu, z p. Mariuszem Kowalskim. 


 

 

2015 (6 listopad) bielawska bohema zorganizowała X Noc Poetów, Gwidon Hefid znalazł się pośród zaproszonych gości, zaprezentował wiesze z tomu "Rzeczywista iluzja". Marzena Derdziak przeczytała wiersz pt.: "Zaprosiłbym Cię" z tomiku " Z nurtem pod prąd".

Film ze spotkania jest dostępny pod tym linkiem.

Wzmianka prasowa DO PRZECZYTANIA  pod tym linkiem

 

2015 11 6 Bielawa  1

 

2015 11 6 Bielawa  2

 

2015 11 6 Bielawa  3

 

2015 11 6 Bielawa  4

 

2015 11 6 Bielawa  5

 

2015 11 6 Bielawa  6

 


 

 

2015  (23-25 październik) odbyły się XVI Dni Poezji w czeskim Broumowie, Gwidon Hefid też tam był.

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 2

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 3

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 4

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 5

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 6

 

 2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 1

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 7

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 8

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 9

 

2015 10 25 XVI Dni Poezji Broumov 10

 


 

 

2015 (17 październik) Gwidon Hefid filmował oraz czytał wiersze na spotkaniu Arturo Jarmułowskiego, które odbyło się w kawiarni Sudety.

Film ze spotkania do obejrzenia pod tym linkiem.

 

 2015 10 17 AJ w Sudety 2

 

2015 10 17 AJ w Sudety 1

 

2015 10 17 AJ w Sudety 3

 

  


 

2015 (25 wrzesień) Do Wałbrzycha zawitał festiwal preTEXTY, czynny udział w nim wziął również Gwidon Hefid. 

 

2015 09 25 dolnolsko preTEXTY 1 

 

2015 09 25 dolnolsko preTEXTY 3

 

wiersz powstał przy okazji festiwalu PRETEXTY:

 

"dolnośląskość po wałbrzysku"

idea szczytna
ich przywiodła

niektórzy zaczęli U STASIA
po drodze zaliczyli APROPOS
oraz RONDO lokalnych poetów
wszyscy i tak skończą W MAUZOLEUM

automobilami, POCIĄGAMI
licznie przybywali

mnogością pomysłów
zamęt spory WPROWADZILI

jak niegdyś czarne złoto
w pyle znoju
tak teraz
złotopociągową legendą
"dolnośląskość po wałbrzysku"
tu się WYDOBYWA

Gwidon Hefid

 

*słowa pisane wielką literą, są to słowa które w takiej właśnie formie mieliśmy użyć pisząc w 25 minut wiersz na konkurs zafundowany przez organizatorów.

 

2015 09 25 dolnolsko preTEXTY 2

 


 

 

2015 (sierpień) Ukazała się czwarta już książka Gwidona Hefid. "Rzeczywista iluzja" / "Skutečná iluze" (2015) Jest wyborem dotychczas stworzonej poezji uzupełnionej o wiersze napisane podczas pobytu w Nowym Jorku, zbiór na język czeski przełożyła Vĕra Kopecká, jej autorstwa są też fotogragie, podjęła się również pracy edytorskiej i składu, słowem wstępnym opatrzył Antoni Matuszkiewicz.

 

2015 08 tomik Rzecywista iluzja

 


 

 

2015 (1 lipiec) Gwion Hefid, wałbrzyszanin zaprezentował swoje wiersze przed nowojorską publicznością. Spotknie odbyło się w polonijnym klube seniora Krakus. Filmowanie oraz montaż Stasiu CHadzynski. Video ze spotkania można obejrzeć klikając na ten skrót.

 

2015 07 - Krakus 1

 

2015 07 - Krakus 5

 

2015 07 - Krakus 2

 

2015 07 - Krakus 3

 

2015 07 - Krakus 4

 


 

 

2015 (10 czerwiec) Gwidon Hefid wystąpił w Nowym Jorku. Swoje wiersze przeczytał przed publicznością zebraną w polonijnym klubie Amber. Spotkanie poprowadził Ryszard Skowron. Filmowanie oraz montaż Stasiu CHadzynski. 

Video ze spotkania do obejrzenia  na YouTube część 1.

Video ze spotkania do obejrzenia  na YouTube część 2.

 

2015 06 Amber

 

2015 06 10 GH w Amber NY 1

 

2015 06 10 GH w Amber NY 3

 

2015 06 10 GH w Amber NY 2

 

2015 06 10 GH w Amber NY 4

 

 


 

 2015 (24. marzec) Na wieczorze autorskim Eugenii Klak, jako współprowadzący spotkanie wystąpił Gwidon Hefid. 

 

2015 03 24 Eugenia Klak 4

 

2015 03 24 Eugenia Klak 2

 

 2015 03 24 Eugenia Klak 1

 

2015 03 24 Eugenia Klak 3

 

 


 

2015 (22 marzec) Spotkanie autorskie pt.: I CO DALEJ. Bohaterem wieczoru był Arturo Jarmuowski, była to promocja jego debiutanckiej książki poetyckiej, redaktorem tomu oraz autorem słowa o autorze jest Gwidon Hefid.  

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania

 

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 1


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 2

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 3


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 4

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 5


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 6

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 7

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 8


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 9

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 10


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 11

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 12


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 13

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 14


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 15

2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 16


2015 03 22 spotkanie autoskie Arturo Jarmuowski I CO DALEJ 17

 


 


2015 (18 marzec) Spotkaniem w wałbrzyskiej Bibliotece Pod Atlantami, Gwidon Hefid zakończył (trwający od jesieni) cykl spotkań z polską publicznością. Spotkanie dopełnił pokaz zdjęć autorstwa Anny Habdas-Czujko. 

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania

kliknij TU aby przeczytać wzmiankę o spotkaniu na stronie PBA

 

2015 03 18 GH w BPA 10

2015 03 18 GH w BPA 9

2015 03 18 GH w BPA 8


2015 03 18 GH w BPA 7

2015 03 18 GH w BPA 6


2015 03 18 GH w BPA 5

2015 03 18 GH w BPA 4


2015 03 18 GH w BPA 3

2015 03 18 GH w BPA 2


2015 03 18 GH w BPA 1

 


 

 

2015 (22 luty) W Villa Art odbył się CZTEROPAK POETYCKI. Swoją poezję zaprezentwali: Gwidon Hefid, Justyna Nawrocka, Danuta Góralska-Nowak, Daniel Suchenia. Dla zebranych licznie gości, na altówce zagrał Krzysztof Kowalski. Całość wyreżyserowała Ewa Kowalska. Spotkanie swoją obecnością uświetnił wiceprezydent miasta Zygmunt Nowaczyk. 

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 3

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 2

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 18


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 17

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 16


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 15

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 14


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 13

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 12


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 11

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 10


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 9

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 8


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 7

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 6


2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 5

2015 02 22 - Villa Art - CZTEROPAK POETYCKI 4

 


 

2015 (14 luty)  Art Cafe zaprosiło bohemę regionu wałbrzyskiego na artystyczne walentynki. Bohateką wieczoru była Barbara Pachura spiewająca oraz grająca na gitarze romantyczne utwory. Spotkanie prowadził Gwidon Hefid. Wiersze o miłosci czytali: Gwidon Hefid, Arturo Jarmułowski, Barbara Malinowska, Marzena Derdziak, Barbara Pachura. 


2015 02 14 - Basia Pachura Walentynki Pod Pretekstem GH Prowadzacym 6

2015 02 14 - Basia Pachura Walentynki Pod Pretekstem GH Prowadzacym 5

2015 02 14 - Basia Pachura Walentynki Pod Pretekstem GH Prowadzacym 4


2015 02 14 - Basia Pachura Walentynki Pod Pretekstem GH Prowadzacym 3

2015 02 14 - Basia Pachura Walentynki Pod Pretekstem GH Prowadzacym 2


2015 02 14 - Basia Pachura Walentynki Pod Pretekstem GH Prowadzacym 1

 


 

2015 (5 luty) W Apropo odbył się AKT.

 

2015 02 05 AKT - Jarema Wawrzyniak ak  w Apropos 3

2015 02 05 AKT - Jarema Wawrzyniak ak  w Apropos 2

2015 02 05 AKT - Jarema Wawrzyniak ak  w Apropos 1

 


 

2015  Wałbrzyski Informtor Kulturalny zaprezentował sylwetkę Gwidona Hefid.  

 

  2015-styczen-luty-GH-w-WIKu-1-2--2015


 

2015 (31 styczeń) Gwidon Hefid zaoranizował oraz poprowadził spotkanie autorskie Uruszuli Stefanow.

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania

2015 01 31 Ula Stefanow  11

2015 01 31 Ula Stefanow  10


2015 01 31 Ula Stefanow  9

2015 01 31 Ula Stefanow  8

2015 01 31 Ula Stefanow  7


2015 01 31 Ula Stefanow  6

2015 01 31 Ula Stefanow  5


2015 01 31 Ula Stefanow  4

2015 01 31 Ula Stefanow  3


2015 01 31 Ula Stefanow  2

2015 01 31 Ula Stefanow  1

 


 

2015 (3 stycznia) Spotkania autorskie Danuty Góralskiej-Nowak. Wybrane wiersze bohaterki wieczoru czytali: autorka, Marzena Derdziak, Barbara Pachura, Teresa Zalewska, Wiesława Raczkiewicz oraz Gwidon Hefid. Muzykę i śpiew na żywo zapewniła Barbara Pachura. Spotkanie prowadził Gwidon Hefid. Filmował Krzysztof Kowalski, fotografował Mirosław Maciejewski, Gwidon Hefid. Wieczór odbył się w cafe art Pod Pretekstem, w Wałbrzychu.

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 26

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 2

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 1

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 3

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 4

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 5

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 6

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 7

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 8

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 9

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 10

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 11

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 12

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 13

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 14

 

2015 3 stycznia spotkania autorskie Danuty GN 15

 


 

 

2014 (27 grudzień) Wymiana książek poetyckich. Spotkanie autorskie, swoje wiersze prezentował Daniel Suchenia. Villa Art.

 

2014 27 grudnia spotkanie autorskie Daniel Suchenia w Villa Art 1

 

2014 27 grudnia spotkanie autorskie Daniel Suchenia w Villa Art 2

 


 

 

2014 (7 grudzień) Spotkanie autorskie Arturooo Jarmułowskiego. Wybrane wiesze autora czytali: Gwidon Hefid, Marzena Derdziak oraz Ewa Kowalski. Na gitarze grała oraz śpiewała Barbara Parucha. Spotkanie filmował Gwidon Hefid, fotografował Krzysztof Kowalski. Ogród Sztuki, Szczawno Zdrój.

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 1

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 3

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 4

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 98

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 99

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 5

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 6

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 7

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 8

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 9

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 2

 

2014 7 grudzien spotkanie autorskie AJ 10

 


 

 

2014 (26 listopad) Gwidon Hefid wystąpił jako gości specjajny Akademii Samorozwoju w Apropos. Wałbrzych.

 

2014 26 listopada GH gociem specjajny w Apropos 1

 

2014 26 listopada GH gociem specjajny w Apropos 3

 

2014 26 listopada GH gociem specjajny w Apropos 2

 

2014 26 listopada GH gociem specjajny w Apropos 4

 

2014 26 listopada GH gociem specjajny w Apropos 5

 

2014 26 listopada GH gociem specjajny w Apropos 6

 


 

 

2014 (25 listopad) Spotkanie autorskie w Civitas. Gwidon Hefid oraz Renata Kimso czytali wiesze z tomu "Iluzoryczna rzeczywistość". Wieczorek moderowała Anna Adamkiewicz.

O spotkaniu pisano w ogónolskim piśmie, klikając na ten skrót przejdziesz do artykułu.

Klikajnij  TU aby obejrzeć film ze spotkania

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 1 - zaproszenie do Civitas

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 1 - zaproszenie wykonane przez civitas

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 1

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 2

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 3

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 4

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 5

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 6

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 7

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 8

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 9

 

2014 25 listopad spotkanie autorskie w Civitas 10

 


 

 

2014 (14 listopad) Noc poetów w Bielawie.

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 11

 

 2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 1

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 2

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 3

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 4

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 5

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 7

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 8

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 9

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 10

 

2014 14 listopada oc poetw w Bielawie 111

 


 

 

2014 (11 listopad) Spotkanie autorskie promujące świeżo wydaną książkę, odbyło się w wałbrzyskim Teatrze Dramatycznym, wiersze z nowego tomu "Iluzoryczna rzeczywistość" prezentował autor, wieczór prowadził Krzysztof Kobielec.

Kliknij TU aby obejrzeć film ze spotkania

 

 2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 01

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 1

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 2

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 3

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 4

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 5

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 6

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 7 

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 8

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 44

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 444

 

2014 11 listopad spotkanie autorskie w Teatrze Dramatycznym 9 - GH na 3amach tygodnika wabryskiego z 17 12 2014 2 przyciemnione

 


 

 

2014 (listopad) Ukazała się trzecia książka poetycka, "Iluzoryczna rzeczywistość". Wstęp do tej publikacji napisała Danuta Górlska-Nowak.

 

W stronę ciszy [fragment]

Nowy tomik Gwidona Hefida „Iluzoryczna rzeczywistość" jest rodzajem medytacji. Mówi o tym pierwszy utwór
o takim właśnie tytule. Kluczem do tego zbioru jest słowo „promienność". Autor otwiera okno, uchyla drzwi, spokojnie wciąga haust powietrza, przyjmuje wygodną pozycję i kontempluje. Szuka, odnajduje siebie, innego człowieka, a przede wszystkim Boga. Jakkolwiek Go nazywa. Część tego świata, który odbiera, pisuje. Podchodzę po cichu, próbuję zaczerpnąć z tego Źródła. Nie wszystko rozumiem. Ale nie o rozumienie tu chodzi, lecz o podobne odczuwanie.

 

Danuta Góralska-Nowak

 

tomik 3

 


 

 

2014 (17-19 pazdziernik) 15 Dni poezji  w Broumowie. Czechy.

 

2014 17-19 pazdziernik 15 Dni poezji  w Broumowie 11

 

2014 17-19 pazdziernik 15 Dni poezji  w Broumowie 1

 

2014 17-19 pazdziernik 15 Dni poezji  w Broumowie 2

 

2014 17-19 pazdziernik 15 Dni poezji  w Broumowie 3

 


 

 

2012 (jesien) 13 Dni Poezji w Broumowie. Czechy.

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 1

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 2

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 3

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 4

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 5

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 6

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 7

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 8

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 9

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 10

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 11

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 12

 

2012 jesien 13 Dni Poezji w Broumowie 13

 


 


2012
(lato) na łamach ogólnoplskiego miesięcznika Wegetariański Świat ukazały sie wiersze Gwidona.

2012 lato ws 2

 

 

2012 lato ws 1

 


 

 

2012 (14 czerwiec) Jubileusz Errato.

 

2012 14czerwiec rocznica Errato 1

 

2012 14czerwiec rocznica Errato 3

 

2012 14czerwiec rocznica Errato 4

 

2012 14czerwiec rocznica Errato 5

 

2012 14czerwiec rocznica Errato 6

 


 

2012 (26 maj) I Busz Literacki. Włabrzych.

 

2012 26 maj I Busz Literacki 1

 

2012 26 maj I Busz Literacki 2

 

2012 26 maj I Busz Literacki 3

 

2012 26 maj I Busz Literacki 4

 

 2012 26 maj I Busz Literacki 5

 


 

 

2012 (17 kwietnia) Gwidon Hefid gościł w stolicy, wspólnie z Ajną Hłasko Katarzyną Kochańską wystąpili w Knajpce Po Prostu Art Bistro.

 

 2012 17kwiecie Wieczorek Sowo-Obraz-Zapach2

 


 

 

2011 (30 grudzień) Urodziny Eugenii Klak. Szczawno Zdrój.

 

2011 30 grudzie urodziny E Klak 1

 

2011 30 grudzie urodziny E Klak 2

 

2011 30 grudzie urodziny E Klak 3

 


 


2010
(22 - 24 październik) 11. Dny poezie v Broumově. Ja co rok, tak i tym razem spotkali się pisarze z krajów pogranicza (w tym z Rosji zawitała Jekatěrina Poljanská), wszystko to aby wspólnie tworzyć; szerzej o tym wydarzeniu, na łamach listopadowej Kobry pisała Jindra Lírová; fakt ten odnotowały i inne loklne media, kliknij na ten skrót aby przejść do artykułu.  


2010 Broumov 4


2010 Broumov 6


2010 Broumov 10


2010 Broumov 2


2010 Broumov 5


2010 Broumov 11

 

2010 Broumov 1

  

2010 Broumov 8

  

2010 Broumov 7

 

2010 Broumov 3

 

Sobota rozpoczęła się śniadaniem i przedpołudniowymi warsztatami, które poprowadził Gwidon Hefid (jeden z polskich uczestników tegorocznego spotkania). Wziąć wiersz, pociąć go na pojedyńcze wersy i zostawić poetom, niech go poskładają do oryginalnego stanu - nikt z nich nie będzie się nudzić. Pracowało się w grupach, "rekonstruowały" się wiersze Franciszka Halas'a i Marii Konopnickiej, aby następnie przetłumaczyć je na język polski i czeski. Przy wyjaśnianiu nieznanych słów napociły się obie strony, ale rezultaty były tego warte. (tłumaczenie GH)

 

źródło: 

 

Sobota odstartovala snídaní a dopolední dílnou, které se ujal Gwidon Hefid (jeden z polským účastníků letošního JPJ). Vezmi báseň, rozstříhej ji na jednotlivé verše a nechej poety, ať ji poskládají do původního stavu – a nikdo z nich se nudit nebude. Pracovalo se ve skupinkách, „rekonstruovaly" se verše Františka Halase a Marie Konopnické, aby se následně překládaly do češtiny a polštiny. Při vysvětlování neznámých slov se zapotily obě dvě strany, ale výsledky stály za to.

 

Kobra, str. 12. Ročník 11. Číslo 11. Listopad 2010.

  


 

2010 (21 wrzesień) Pub Dwunastki. Wałbrzyska bohema chlebem i poezją żegnała Wołodię Łotockiego, który wracał na Ukrainę.

 

2010 21 wrzesien Pozegnanie Wolodii 1

 

2010 21 wrzesien Pozegnanie Wolodii 2

 

2010 21 wrzesien Pozegnanie Wolodii 3

 

2010 21 wrzesien Pozegnanie Wolodii 4

 


 

 

2010 (sierpień) I wałbrzyski wolny rynek artystyczny, o tym wydarzeniu pisała lokalna prasa, np Wałbrzyszek.com

 

2010 I wabrzyski wolny rynek artystyczny 2

 

2010 I wabrzyski wolny rynek artystyczny 3

 

2010 I wabrzyski wolny rynek artystyczny 4

 

2010 I wabrzyski wolny rynek artystyczny 5

 

2010 I wabrzyski wolny rynek artystyczny 1

  


 


2010 (maj) Literacki Jicin - Czeski Raj. Spotkanie literackie na które zaproszono pisarzy z Polski oraz Słowacji.

 

2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 9

2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 2


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 3


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 4


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 5


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 6


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 7


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 8


2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 10

2010 maj Literacki Jicin Czeski Raj 1





 

 

 POST 10 DNIOWY

 

 


 

 

2009 (luty) Wyjazd z Anglii / Leaving England

 

The time with You gays, was better then I thought before – big thanks for that!
I wish all of You a lot of good energy in Your own life.

 

Czas z Wami spędzony okazał się lepszy niż początkowo myślałem - wielkie dzięki za to!
Życzę wszystkim Wam wiele dobrej energii w Waszym osobistym życiu.

 

 2010 luty opuszczajc UTL 6

 

 

ostatnie chwile w pracy, gdy z firmy odchodzi kolega wegetarianin, pęczek marchewki to najlepszy prezent

 

2010 luty opuszczajc UTL 7 

 

 

pożegnalna partia szachów, Dario to dobry zawodnik!

 

2010 luty opuszczajc UTL 9

 

 

pożegnalne party

 

2010 luty  opuszczajc UTL 6

 

 

pięknym (i zedsperowanym) dziewczynom nie odmawia się kiedy proszą do... zdjęcia, koszula już bez guzików!

 

2010 luty opuszczajc UTL 8

 

Michał, autor unikalnego wiersza okolicznościowo-pożegnalnego

 

2010 luty opuszczajc UTL 5

 

luty 2010


Praca się wlecze poniedziałek - piątek
oto nadchodzi weekendu początek.
Poniedziałek znowu, weekend już przeskoczył
Sporo po pijaku niejeden przeoczył
Życie płynie spokojnie, wesoło
Pełno Polaków i innych wokoło.

 

Może wstępu ze dwa słowa
O kim tutaj będzie mowa.
Jest pewna osoba na riperze
Wszyscy go znają, w to wierze.
Każdy zna przecież tego Pana
Bo to osoba bardzo znana.

 

Toż to on tu faile rozdaje
Każdy go na Nokii rozpoznaje
To nasz kolega, wiersze pisuje z lubością
To jest nasz Zigi - okryty nagością.

 

Dzień spokojnie za dniem przechodzi
Aż tu nagle wiadomość, że Zigi odchodzi
Gdzie? dusze zbolałe krzyknęły
"O cholera", co niektórzy przeklęli.

 

Teraz dopiero zadyma się zacznie
Pogorszy się sytuacja techników znacznie
Kto będzie bronił niesłusznych faili
wyśle do góry kupę gniewnych maili.

 

Poskromi nieznośne techniczne zapędy
On to odnajdzie nieposłusznych wszędy
Dlaczego jak i po co wytłumaczy
Każdy levelik swoje miejsce zobaczy.

 

Przestanie odwalać fuszerkę byle jaką
I zajmie się w końcu porządną swą pracą
Bo czego jak czego lecz Zigi nie znosi
gdy technik niepotrzebnie o dyspensę prosi.

 

- "A tu mały kurzyk, tam zadrapanie"
- "Nie wolno, bo fail będzie, Panie"
Takiego cwaniaka wnet weźmie w obroty
Aż łobuza szybko obleją siódme poty.
Bo z wszelakich tortur to najcięższe zagranie
gdy Zigi tłumaczy, to wolałbym dostać lanie.

 

Skąd energię mocarz ten pobiera
Kiedy mięcha nie je cholera
Zajada fasolki, kapusty; nie tyka kiełbasy
a na jodze zawstydza angielskie grubasy
Na zajęciach tych nerwy sobie poziomuje
A potem w pracy mu je Romek psuje.

 

O wygląd dbać trzeba, to wszyscy wiemy
Więc do fryzjerów, na siłkę często idziemy.
Lecz nasz bohater oszczędził na kosmetyczce
Depilacja, toż nie jest skok o tyczce!
Wyrywał, muskał, sprawdzał, ślinił
Zeszło mu przy tym ze dwie godziny
Tak się przy tym mocno rozochocił,
Że brwi sobie całkiem ogołocił.
Potem cichcem przy ławce siedział
O oczywistym fakcie i tak każdy wiedział
Żeby mieć przeżycia egzotyczne
wybrał się na wycieczki zagramaniczne.

 

A że pojazd Renówką zwany
To łup dla złodzieja jest niesłychany
To złoczyńca zakosił go nieświadomy,
że to Zigiego dobytek ruchomy.

 

Na szczęście zdobycz go niezbyt uradowała
Bo w Czechach kierownica mu nie pasowała
Coś nie z tej stony jakby była
Przy wyprzedzaniu problemy robiła.

 

Taką historię czas plecie
Jesienią, zimą, wiosną, w lecie.
W czerwcu trzy lata w UTLu by było
ale decyzją powrotu się zakończyło.

 

Był Christmas party raz sobie
Każdy tam idzie, nikt się nie chowie
Muzykę tam tak głośną grają,
że drinki ze stołów same zjeżdżają.

 

Zigi tańczy topless prawie
koszulkę rozpiął no i po sprawie
Laski się patrzą, inni zazdroszczą
Drinki się leją, ludzie tu nie poszczą.

 

Nagle, jak spod ziemi wyrasta
Ochroniarz - pan tego miasta
Zapnij koszulę do Zigiego woła
Bo za dużo nieletnich dookoła.
I tak ochroniarz zakłóca taniec
Niechże stąd idzie, cholerny zasraniec!

 

Zigi w rytmie guziki zgubił
Wiatr na klacie bardzo polubił,
Szans nie ma na koszuli zapięcie
Jest miejsce na ciała wygięcie.

 

Życie w chmurnym kraju niełatwym bywa
zwłaszcza, gdy dnia za bardzo ubywa
Człowiek smutny, ponury, smętny
Wypoczynek jest niezbędny.

 

Tak to Zigi depresję załapał
Potem rybki w Grecji łapał
Elegancko jak południowiec się opalił
A potem do Anglii spowrotem się zwalił.

 

I tu walki niestrudzenie toczył
Do team lidera pewnie po porady kroczył
Aż Rob nieraz zatrząsł się ze strachu
Nerwów napsuł Zigiemu, że blisko było mu do piachu.

 

Zielona saszetka z plastrami to atrybut jego;
Zycie sprawnie ocalił człeka niejednego,
Potem tylko pisać raporty trzeba było,
Aż się zadymą ze Siwym to zakończyło.

 

Walczył za nas o słuszność sprawy,
Aż się z tego zrobił co-nieco łysawy.
Walczył jak Emilia Plater.
To jest Zigi, nasz bohater!!

 

A teraz w przyszłość nieco skoczymy,
Życie za sobą kolorowe zobaczymy
Teraz idzie sobie spokojnie do lasu
o laseczce, siwy, tak, to jest pan Krasuń

 

60 lat już ma na karku
Łupie go w plecach, kolanie i barku
Pamięć juz jego zdeko wymięta
Ale ciągle o nas wszystkich pamięta.

 

Już tu sporo napłodziłem,
Zwrotki razem połączyłem
Dosyć tego. Na dzisiaj starczy
Już nie jeden na mnie warczy.
Nie rób Zygmuncie marsowej miny
Na ogłoszone tutaj nowiny.
Jeszcze słowo powiem jedno,
Obym tylko trafił w sedno:

 

Powodzenia Zigi życzymy
jutro do pracy znowu wrócimy
A Ty buduj proste ścieżki,
Wypij czasem ze dwa Leszki.
Potem skosztuj dobrego jedzenia
I miej o nas zajebiste wspomnienia!

 

autor tekstu: Michał Smalera

 

 


 

2008 (11 maj) Miał miejsce występ wałbrzyskiego chóru GAUDEO w Coventry (Anglia) - współorganizacja i współprowadzenie Adam Osika, Agnieszka Skirucha, Renata Kimso oraz Gwidon Hefid.


2008 maj wspolorganizacja oraz wspolprowadzenie koncertu choru Gaudeo 1

 

 

2008 (10 maj) Miał miejsce występ wałbrzyskiego chóru GAUDEO w Banbury (Anglia) - współorganizacja i współprowadzenie Adam Osika, Agnieszka Skirucha, Renata Kimso oraz Gwidon Hefid.


2008 maj wspolorganizacja oraz wspolprowadzenie koncertu choru Gaudeo 2


wzmianka o tych występach znalazła się na stronach portalu społecznościowego MojeCoventry

 



2008 (27 kwiecień) zaproszenie na spotkanie autorkie w Coventry


2008 kwiecien zaproszenie na spotkanie autorkie w Coventry 1


2008
(27 kwiecień) Polonijny klub w Coventry (Anglia), dłuższą chwilę przed Popołudniem Poetyckim Gwidona Hefid


2008 kwiecien spotkanie autorskie w Coventry 2


2008 kwiecien spotkanie autorskie w Coventry 3



2008
(kwiecień) after party


2008 kwiecien after party


 

2008 (czerwiec) Powstał dwujęzyczny (pol-ang) tomik "Przyodziany w nagość". Wstępem książkę opatrzył Krzysztow Kobielec.

 

tomik 2

 

 


 

 

2008 (14 czerwiec) W Wałbrzyskim Ośrodku Kultury odbył się wieczór autorski połączony z promocją najnowszego tomiku: "Przyodziany w nagość". W ramach wieczorkowego scenariusza, spotkanie ubogaciła etiuda teatralna w wykonaniu młodzieżowej grupy pod kierownictwem Grzegorza Stawiaka.


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 1


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 2


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 3


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 4


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 5


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 6


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 7


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 8


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 9


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 10


2008 czerwiec spotkanie autorskie Wabrzyski Osrodek Kultury 11

2008 14 czerwiec spotkanie autorskie WOK 113 

 

2008 14 czerwiec spotkanie autorskie WOK 114


2008 14 czerwiec spotkanie autorskie WOK 116

 

2008 14 czerwiec spotkanie autorskie WOK 115

 

2008 14 czerwiec spotkanie autorskie WOK 1122

 

2008 14 czerwiec spotkanie autorskie WOK 1123

 

Chociaż spotkanie było nastawione na promocję nowo wydanego tomiku, nie wiedzieć czemu lokalna prasa jakby rozminęła się z tematem...

 

Pod prąd

 

Debiutant stanął przed publicznością ze swoim tomikiem "Znurtem pod prąd". W WOK-u, gdzie już od dawna co jakiś czas dają poezją po oczach, pomógł w odbiorze jego wierszy Grzegorz Stawiak ze swoją grupą. I tu, okazuje się, wypadł kolejny debiut tego wieczoru – jego podopieczni wystąpili po raz pierwszy. I dobrze im poszło. Ich etiuda była w klimacie i stylu wielu poprzednich, które dotąd wzbogacały wernisaże wiersza.

A bohater wieczoru? [...] Gwidon Hefid zaprezentował nie tylko wiersze, ale również pokaz multimedialny – poetyckie, (bo jakże by inne mogły być!) fotografie z różnych stron świata, opatrzone jego refleksjami. Niektóre były tak celne, m.in. na temat życia i miłości, że aż się widzom wyrywały westchnienia. [...] Gwidon Hefid osiągnął już artystyczne sukcesy, w niedawnym konkursie o „Srebrny Liść Chmielu" podczas Boguszowskiej Jesieni Poetyckiej otrzymał wyróżnienie w kategorii – przed debiutem.

 

(v-k)

Tygodnik Wałbrzyski

  


 


2007
(październik), 8 Dny Poezie v Broumově


2007 pazdziernik 8 Dny Poezie v Broumove 1


2007 pazdziernik 8 Dny Poezie v Broumove 2




2007 (czerwiec)
Podczas pierwszego pobytu w Anglii, Gwidon Hefid oraz Renata Kimso zaprosili tamtejszą polonię na artystyczne spotkanie. O wydarzeniu tym napisała lokalna prasa. 

 

POLSKA SOBOTA W BANBURY

 

Pierwszy w Banbury, polski wieczorek poetycko-malarsko-muzyczny,
miał miejsce w sobotę (16 czerwca 2007), w Ośrodku Kulury The Mill.

Bohaterami wieczoru byli: poeta, Gwidon Hefid recytujący swoje wiersze
po polsku wraz z Renatą Kimso recytującą angielskie przekłady; malarka,
Milena Baziak, prezentująca swoją twórczość artystyczną;
trzecim z występujących był pasjonat i kompozytor muzyki klubowej Sławek Nych.

Organizatorami spotkania byli Renata Kimso oraz Gwidon Hefid.
Wieczór skierowany był do polskiej i angielskiej publiczności.
Cieszył się dużym zainteresowaniem.
W przyszłości planowane są podobne inicjatywy.

 

polonia

 


2007 czerwiec spotkanie autorskie Banbury 1


2007 czerwiec spotkanie autorskie Banbury 2


2007 czerwiec spotkanie autorskie Banbury 3

Polish Saturday in Banbury


Last Saturday (16 June 2007), for the first time in Banbury, Polish poetic,
painting and music evening was held in The Mill Culture Centre.

The evening stared a poet Gwidon Hefid who recited his poetry in Polish
with Renata Kimso reading an English translation, a painter Milena Blaziak presenting her creative activities and a composer and a hothead of club
music Sławek Nych.

The meeting was organized by Renata Kimso and Gwidon Hefid and aimed at Polish and English audience. As the evening appeared to be successful, similar initiative is planned in the future.

 

polonia

(translation by Violetta Wandzlewicz)

 


 

2007 (styczeń) Wałbrzyski Ośrodek Kultury, spotkanie autorskie

 

 Gwidon Hefid

  

Wernisaż wiersza, czyli poezją po oczach

 

Wernisaż wiersza, czyli poezją po oczach - to cykliczne spotkania z poetami, którzy mogą swoją twórczość zaprezentować w Wałbrzyskim Ośrodku Kultury. Tym razem w salach WOK swoją twórczość zaprezentuje wałbrzyszanin Gwidon Hefid. Autor jest przedstawicielem poetów młodego pokolenia. Mówi o sobie jak o odmieńcu, który nosi znamię odmieńca, zabójcy. Jego poezja to bardzo osobiste refleksje o otaczającym nas świecie. Pisze językiem prostym, zwięzłym. Z jego wierszy przebija tęsknota za idealnym, gdzieś utraconym światem. Mimo młodego wieku ma już na swoim koncie pewne osiągnięcia, m. in. zdobył wyróżnienie na ogólnopolskim konkursie poetyckim w Boguszowie Gorcach, który odbył się w listopadzie ubiegłego roku. Wydał także tomik poezji "Z nurtem pod prąd" z którego wiersze poznamy już w najbliższą środę, 17 stycznia 2007 roku, o godzinie 19.00 w Galerii Gran Wałbrzyskiego Ośrodka Kultury przy ul. Broniewskiego 65a.
Zapraszamy!

 

źródło:

www.twoje-sudety.pl | WOK

oraz:

www.walbrzych.info

 


  

2007 (11 styczeń) W wałbrzyskim Muzeum Grupa Errato zorganizowała wieczór autorski promujący książkę "Z nurtem pod prąd"; wiersze czytali: Wiesława Kamińska, Renia Kimso, Łukasz Chanowski, Gwidon Hefid, na gitarze grał Darek Konkel.

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 2

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 1

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 26

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 21

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 25

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 22

 

2007 11 stycze spotkanie autorskie wabrzyskie Muzeum 24

 

 


 

2006 (grudzień) Tunezja (Monastir) - występ przed gośćmi hotelowymi (wiersze GH czytał autor wraz z Renią Kimso, na fortepianie grał Arturooo Jarmułowski)

 

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 1

 

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 5

 

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 4

  

gdy wena dopada to...

ani miejsce, ani czas nie mogą być przeszkodą, pisze się i już...

 

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 2

  

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 6

 

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 7

 

2006 grudzie Tunezjac- wystp przed gocmi hotelowymi 3

 

 


 

2006 (listopad) Grupa Errato przygotowała wieczór poezji bretońskiej, wydarzenie to odbyło się w wałbrzyskim Muzeum, wiersze czytali: Wiesława Kamińska, Renia Kimso, Łukasz Chanowski, Gwidon Hefid.

 

2006 listopad Errato - wieczr poezji bretoskiej 5

 

2006 listopad Errato - wieczr poezji bretoskiej 1

 

2006 listopad Errato - wieczr poezji bretoskiej 2

 

2006 listopad Errato - wieczr poezji bretoskiej 3

 

Wieczor poezji bretonskiej 1 

 

2006 listopad Errato - wieczr poezji bretoskiej 4

 

  


 

Końcówka roku 2006 mijała pod znakiem zbioru wierszy "Z nurtem pod prąd". Ta debiutancka książka, zawierająca nagrodzone wyróżnieniem teksty w Boguszowskim konkursie poetyckim o "srebrny liść chmielu", opatrzona została następującym wstępem:

 

„Wszystko albo nic"

O czym pisze Gwidon Hefid w swoich wierszach? Można śmiało powiedzieć, że o wszystkim. Jego wiersze są przemyślane, wiarygodne i komunikatywne. Nie ma w nich wysublimowanych słów.
„ Stary dom... W oknie staruszka..." a obok toczy się monotonne życie. „Mkną auta...Chodnikiem płyną ludzkie masy..." a obok inny, wewnętrzny świat autora „Podpatrującego noc..."
Autor „Chciałby się rzucić na głębokie wody" i rzuca się szukając „Utraconego ideału". Kupuje „Aksamitne serduszko"(koleżance) i przeprowadza „Cmentarne z Matką rozmowy" o grobowcu dla siostry. „Senne majaki" przeistaczają się w „Smutną refleksję" i oczekiwanie na przyjazd kolegi. Toczy też „Bój o życie" i „Duszę tam". „Całość prawie doskonała" jednak „Kraina olśnienia" jest „Ulotnym szczęściem" wpisanym „Miedzy ducha a ciało". Stąd też „Pytanie nieco retoryczne", „Porządki generalne", „Powrót do korzeni" i „Wisielcza śmierć" kolegi.
W sumie Gwidon pisze „O naszym życiu" i dobrze, że pisze o życiu. O śmierci jeszcze nikt nie napisał, bo jej osobiście nie przeżył.
„Krążę jak ćma...Liczę czas...Scenariusz bycia trwa...", wiem, że „Obnażyłem prawdę o sobie"... i nie ma czego się wstydzić.

 

Roman Gileta

 

 tomik 1

 

Mroczne klimaty Gwidona Hefida

 

Poezja rodzi się z subiektywnej reakcji na rzeczywistość, a kiedy jest już zapisana, budzi równie subiektywny odbiór.
W przypadku prezentowanych dzisiaj wierszy Gwidona Hefida moją szczególną uwagę przykuł "Nasz żywioł". Ten tekst kojarzy mi się z klimatem z sonetami Sępa-Sarzyńskiego, poety wieszczącego barokowe fascynacje śmiercią. Składnia, równoległy układ rymów, strofy zapisane dychstychem i wreszcie warstwa znaczeniowa nasiąknięta poczuciem niemożności stanowiącym zaczyn klęski. Czy to przypadek, czy też świadoma stylizacja, pytanie to pozostawiam bez odpowiedzi z powodu tzw. braku materiałów "dowodowych". Pozostałe wiersze utrzymane są w równie mrocznym klimacie klęski, niemożności czy wręcz wyalienowania. To może irytować, bowiem życie oferuje każdemu z nas znacznie szerszą paletą doznań i kryje w sobie liczne barwy wiosny, lata, czy choćby jesieni. Warto, więc zadać sobie pytanie, co budzi ów brak wiary w życie, ludzi i przemożne poczucie obcości u tego młodego poety. Być może jest to poetycka forma odreagowania trudu istnienia, ale może też być swoistego rodzaju manierą, przed czym wszystkich piszących przestrzegam. Życzę ciekawej lektury.

 

Krzysztof Kobielec
Wałbrzyski Informator Kulturalny
2006/12

 



2006
(wrzesień), 7 Dny Poezie v Broumově


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 1


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 1a


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 2


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 3


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 4


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 5


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 6


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 7


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 8


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 9


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 10


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 12


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 13


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 14


2006 wrzesien 7 Dny Poezie v Broumove 15


Wstyd za nagość.

Od 29 września do 1 października trwały 7. broumovskie Dni Poezji.
Jak co roku przyjechali poeci z całych Czech oraz liczna grupa polskich twórców pogranicza, najwięcej z Wałbrzycha.

Jak co roku także ukazał się tomik poezji będący almanachem autorów uczestniczących w Dniach. W broumovie odbywa się wieczór powitania oraz prezentacja utworów uczestników spotkania. Potem czescy i polscy poeci współpracują podczas zajęć warsztatowych w pobliskiej wsi Krinice. Największą wartością warsztatów jest praca w grupach międzynarodowych, co wymusza czytanie i dociekanie metafor w oryginale oraz translacja nowopowstałych tekstów. Dla Czechów jest to okazja do lepszego zrozumienia Polaków, dla Polaków możliwość poznania czeskiego w warstwie twórczej. W tym roku autorami analizowanych utworów byli: wałbrzyski poeta światowego formatu Marian Jachimowicz, oraz bodaj najwybitniejszy czeski poeta Jan Skacel. Poeci w dużej liczbie przywiązali się do broumovskiego spotkania i wracają na nie co rok. Są wśród nich Patrycja Andrzejewska, Vaclav Franc, Elżbieta Gargała, Lidia Gil, Roman Gileta, Danuta Góralska - Nowak, Tamara Hebes, Dana Hola, Gwidon Hefid, Milos Hromadka, Wiesława Kamińska, Justyna Karpacz, Krzysztof Karwowski, Irena Kopecka, Vera Kopecka, Eva Kucerova, Dawid Maren, Antoni i Iwona Matuszkiewicz, Libuse Matysikova, Petr Musilek, Andrzej Niżewski, Jaroslav Schnerch, Jaromira Slezakova, Jana Wienerova, Milan Sochora, Wiesław Żywiecki.

Elżbieta Gargała
Tygodnik Wałbrzyski
19 października 2006

 

 



2006
(listopad) Tercet poetycki w Kolorowej (Gwidon Hefid oraz Liliana Wiercińska-Gronuś i Wodzimierz Brzeziński)


2006 jesie Tercet Poetycki w Kolorowej wsplnie z Lilian Wiercisk-Gronu oraz Wodzimierzem Brzeziskim 1


2006 jesie Tercet Poetycki w Kolorowej wsplnie z Lilian Wiercisk-Gronu oraz Wodzimierzem Brzeziskim 3


2006 jesie Tercet Poetycki w Kolorowej wsplnie z Lilian Wiercisk-Gronu oraz Wodzimierzem Brzeziskim 6


2006 listopad Tercet poetycki w Kolorowej

2006 jesie Tercet Poetycki w Kolorowej wsplnie z Lilian Wiercisk-Gronu oraz Wodzimierzem Brzeziskim 4

 



2006
(listopad) rozstrzygnięcie konkursu o "Srebrny Liśc Chmielu", wyróżnienie w kategori przed debiutem.


2006 listopad Srebrny Lisc Chmielu 1a


2006 listopad Srebrny Lisc Chmielu 1b


2006 listopad Srebrny Lisc Chmielu 1c


2006 listopad Srebrny Lisc Chmielu 1d


2006 listopad Srebrny Lisc Chmielu 1e

Najbardziej natchnioną rośliną jest tu chmiel,
a dokładniej jego "Srebrny Liść",
o laur którego toczyć się będzie po raz kolejny podczas Boguszowskiej Jesieni Poetyckiej.

 

Wiersze nadesłało ponad stu poetów z różnych stron kraju. Rywalizowali w dwóch kategoriach: przed debiutem czyli przed publikacją pierwszego tomiku i w gronie tych z większym dorobkiem. I właśnie w tej drugiej grupie laureatką została naczelna Tygodnika Wałbrzyskiego Elżbieta Gargała - godło "Trawa", ex aequo z Edytą Wysocką z Miastka (woj. pomorskie) godło "Kaj". Drugą nagrodę otrzymała Danuta Góralska - Nowak z Wałbrzycha godło "Job", trzecią - Roman Gileta, również związany z naszą redakcją, godło "Jola i Kuba".

W kategorii "przed debiutem" nagrody otrzymały wałbrzyszanki: pierwszą - Klaudia Malinowska godło "Kaszmirowa wanilia", drugą - Justyna Nawrocka godło "Liv". Wyróżnienia w grupie drugiej otrzymali Władysław Krupa z Wałbrzycha godło "Rist" i Mariusz Sukmanowski z Boguszowa - Gorc godło "Max 1". "Przed debiutem" wyróżniono Zygmunta Krasunia z Wałbrzycha godło "Gwidon Hefid" i "Zamyślony" oraz Rolberta Bodzionego - Grada z Boguszowa - Gorc. Podczas uroczystości dekorowania "chmielowym Srebrem" odczytano nagrodzone prace, a poeci podzielili się refleksjami. Podczas uroczystości dekorowania "chmielowym Srebrem" odczytano nagrodzone prace, a poeci podzielili się refleksjami. Usłyszałam, że "robienie poezji to jak robienie wina - nigdy nie wiadomo, co z tego wyjdzie". Roman Gileta wyznał, że tego dnia skończył przygotowania do druku swojego ósmego tomiku poezji. Justyna Nawrocka przyznała a propos otrzymania nagrody, że "wyrastają jej magiczne skrzydła i chce się jej odlecieć do nieba poezji..." A Olga Haak - członek jury, stwierdziła, że jest zafascynowana faktem kierowania tak znaczącym tygodnikiem jak TW przez poetkę. Na zakończenie odbył się koncert muzyki etnicznej Kwartetu Jorgi z Poznania.

 

(v-k)
Tygodnik Wałbrzyski
27 listopada 2006

 

 


 

2005 (jesień) Broumovske sklay (Gwidon Hefid oraz Antoni Matuszkiewicz)


2005 jesien Broumovske-sklay


 

 

Dzień 1.Zaczęło się od nocnego pociągu. Po przestanych w korytarzu paru godzinach jazdy - bo przecież żony do przedziału nie wezmę... zza wagonowego okna zamrugał wschód słońca. Nowy Sącz o poranku przywitał nas pięknie opromieniona fasada niepowtarzalnego Ratusza. Wybrzmiał odgłosem mszy z pobliskiego kościoła. Krążę na żonie po starym mieście. Widząc nas, jakiś mocno styrany nocną imprezą mężczyzna zachęca do odwiedzenia ruin zamku – jak się okazuje, nic nadzwyczajnego. Za to, płynący (za urwiskiem), szerokim nurtem Dunajec hipnotyzuje swą potęgą. Kieruję się ku drodze krajowej nr 75. Jadąc niedzielnym tempem (wyboistym poboczem, które przypomina Wałbrzyskie drogi sprzed prezydentury Szełemeja), zrównuję z biegnącym kostkowanym chodnikiem mężczyzna. Zagaduję go, okazuje się być rozmowny, opowiadamy sobie o swoich osiągach w biegach, mówię mu o słynnym na całą Polskę (i daleko dalej) wałbrzyskim maratonie, że dziś startuje... że myślami jestem z biegnącymi. Zaciekawia go liczebność tej imprezy sięgająca 3 tysięcy uczestników, głośno rozważa możliwość pobiegnięcia wałbrzyską trasą  w przyszłym roku.Żegnam się ze sympatycznym biegaczem, a to na skutek dostrzeżenia drzew owocowych pełne śliwek i żółtych jabłek – na tak szczodry dar Matki Przyrody nie sposób pozostać obojętnym. Owoce, te zbierane z mokrej jeszcze o poranku trawy, są skapane w rosie, nadaje im to Smaku i Mocy, delektuje się. Ach! Co za śniadanie! Chwila zaledwie mija a mam towarzystwo, inny rowerzysta przyłącza się do owocowej uczty, trzęsę drzewkiem, bo tylko owoce, które drzewo samo odda są w pełni gotowe do bieżącej konsumpcji.Po paru kilometrach mijam stary zamek, stoi wyniośle na skale, zapuszczony ale nadal solidnie trzymający się - zdradzający rysy dawnej świetności, u Czechów byłby atrakcją, do której Polacy staliby w kolejce po bilety... !Ale, nie do Czeskiej Republiki przecież ta droga wiedzie... gdzie? To się wkrótce okaże, póki co, paręset metrów dalej, po przeciwnej stronie szosy, spotykam domek na kurzej nodze, focę go.Jeszcze jest wcześnie a już skwar nie do zniesienia. Nim przejadę przez most przed Frycową, schodzę do górskiego acz uregulowanego potoku, oswajam się z miejscem, zyskuje zgodę opiekunów rzeki aby opłukać się w jej uświęconej wodzie; z uczuciem Miłości oblewam się (złożonymi dłońmi) nabieraną wodą, wdzięczny i odświeżony opuszczam koryto krystalicznej, przenikliwie ale i rozkosznie zimnej rzeki.Nieco dalej wyprzedza mnie cyklista - to działa motywująco, "siadam mu na koło" - jak mawia się w slangu kolarzy. Widząc to, pyta gdzie, skąd itd. itp. Gdy mówię mu o celu mojej dzisiejszej trasy i dlaczego tam jadę, ożywia się. Rozmawiamy o ochronie pamiątek kultury, licytujemy nazwiska architektów - zna się na temacie, zapraszam go na jutro. Pędzące krajówka auta mijają nas ze świstem aby się słyszeć musimy krzyczeć. W duecie jakoś raźniej. Kilometry mijają szybciej, podjazdy są bardziej przystępne. Rozjeżdżamy się, on prosto, ja w lewo. Wreszcie spokój od gnających lawinowo aut.Pokonuję kolejne podjazdy, ten za Krzyżówka, ten naj-naj biorę zygzakiem - inaczej się nie da... bez stawania dęba, a stawanie dęba na objuczonej jednośladowej żonie to nienajlepszy pomysł  Nie ma jeszcze 11ej. Robię sobie przerwę na mirabelki rosnące na poboczu wąskiej wiejskiej drogi-stromizny. Widząc kobietę przy chałupie opodal, podchodzę i pytam czy dobrze jadę, gdy słyszy "Słowacja" łapie się za głowę, ostrzega że to daleko a tu taki upał, uspokajam ją mówiąc iż schłodziłem się w rzece... pyta skąd jadę, gdy jej odpowiadam, kładzie ręce na usta. I kręci z niedowierzaniem głową. Życzę starowince miłego dnia i wpedałowuję sie na szczyt. Tam ku memu zaskoczeniu napotykam zmianę organizacji ruchu i droga która miała być kontynuacją jazdy wiejską sielanką, okazuje się objazdem dla krajowej 75ki - z której chciałem zwiać. Upewniam się, i na mapie papierowej, i elektronicznej - innej opcji nie mam, jadę. Na szczęście, nie ma tu już takiego ruchu, część aut z tego szalonego potoku gnających maszyn, musiała odbić w jakiś zjazd gdy ja penetrowałem wiejskie zakamarki. Przyroda jest tu iście idylliczna. Pagórki, chałupy, sady i pola. Mijając kolejne bocianie gniazdo, robię zdjęcie.Tylicz wita mnie informacją, ze istnieje już 650 lat. Postanawiam go zwiedzić. A przy okazji przeczekać w cieniu południową spiekotę. Tak jak sobie imaginuje, tuż po 12ej napotykam wygodną ławeczkę pod potężnymi klonami, ustronne miejsce zachęca aby przystanąć. Uzupełniam płyny w ciele - woda, jeszcze wałbrzyska kranówka w szklanej flaszce – smakuje rewelacyjnie. Zajadam zebrane rano jabłka – co za gama witamin i mikroelementów! Kładę pod głowę śpiwór, rozkładam się wygodnie, zapadam w błogą drzemkę. Odświętni, uświęceni kościołem, przechodzący ludzie  (towarzyszy im jakże specyficzna aura), gapią się na mnie i na oparty o ławkę rower, na którego kierownicy (profilaktycznie) opieram rękę; nadzmysłowo czuję ich oceniające ciężkie spojrzenia, dobiega mnie szyderczy komentarz: "...jaki zmęczony..." itp., wiem, że to w nawiązaniu do tego, iż tak leżę a pod ławką stoi puszka od piwa – z ich perspektyw jest to jednoznaczne, też mi się nie podobało, że ją ktoś tu porzucił, miałem to sprzątnąć dla lepszego samopoczucia... ale zapomniałem a teraz to się zemściło; to nic, jest mi tak dobrze w tym kojącym cieniu, po tych pysznych jabłkach, nie odzywam się, na ich uzewnętrznione werbalnie szyderstwo, odpowiadam wewnętrznym serdecznym uśmiechem, nie chcę burzyć tej błogości, nie warto... schodzi mi tak - w tym stanie "pomiędzy" - ponad godzina. Dźgany ostrym słońcem przedzierającym się przez koronę drzewa, czuję że już czas ruszać dalej, wewnętrzna gotowość pcha mnie dalej w drogę. Ławka była twarda i wąska ale choć tak odespałem przestaną w pociągu noc, prawie bez snu, bo co to za sen w korytarzu, podpierając ścianę. Nadmiar odpoczynku męczy, żeby nie przedobrzyć z tym biernym relaksem, idę na ryneczek, mijam dwa imponując, stojące obok siebie kościoły: prawosławny i katolicki, przyglądam się budynkowi muzeum, a zauważywszy ze jest otwarty spożywcza (przy dzisiejszej niepracującej niedzieli to wielki wyjątek), postanawiam z niego skorzystać. Kupuje puszkę groszku i chleb razowy oraz butelkę Muszynianki - wszak, to jej kraina. Tak zaopatrzony rozglądam się za miejscem zdatnym pod kątem konsumpcji.Skwer przed muzeum obsadzony jest krzewami i drzewami, całokształt ten emanuje tak pozytywną energią, że mógłbym tu zostać dłużej; ale nie, tak dobrze nie ma – zjadam białko, zagryzam węglowodanami, popijam muszyńskim minerałami. Po takim obiedzie mogę wrócić na trasę.Po szeregu kolejnych podjazdów i zakrętów, wreszcie docieram do granicy, jest na szczycie - a jakże!   Pojawia się uczynny człowiek, robi mi pamiątkowe foto. Rozmawiamy, długo i przyjaźnie. Dowiaduję się od niego o fortyfikacjach pozostałych po działaniach konfederacji barskiej, które są w pobliżu. Aby tam dotrzeć, musiałbym cofnąć się – w stronę Tylicza, o nie! Nie zamierzam podjeżdżać pod tę samą górę dwa kolejne razy tego samego dnia. Zadowalam się wysłuchaniem opowieści o marszałku Józefie Potockim, ludziach co byli z nim w koalicji oraz o tych, co stali po przeciwnej stronie; chłopak sporo wie nt tutejszych ponoć dobrze zachowanych pozostałościach z odległych czasów. Przez kolejne minuty siedzę sobie wygodnie na siodełku i zjeżdżam w słowacką krainę, mknę (chwilami) 50+ km/h, i to bez pedałowania, w dół, z wiatrem we włosach – wielka  przyjemność, sowita rekompensata za te wszystkie podjazdy po polskiej stronie. Potem jeszcze trochę kręcenia korbą - jakieś 8 km. Narasta we mnie uczucie satysfakcji, spełniania długo odkładanego marzenia, zachwycam się biegnącą chwilą.Wciąż mijam Cyganów, w tym upale przypominają mi Hindusów. Pieszo, na rowerach, autami... Po świeżo skoszonym polu biegnie grupa ciemnoskórych dzieci, ganiają się; ubrane są skromnie, wręcz biednie. Proporcjonalnie do skali ich nędznego wyglądu, do stopnia ich dzikości; tryska z nich taki ogrom radości, tyle szczęści ile nie widziałem u żadnych cywilizowanych dzieci.Słowackie drogi, oznaczenia... są ciągiem skojarzeń, ileż w tym czeskości! I te szosy obsadzone owocowymi drzewami – jakże proste a jakże genialne! Do tego pola pełne kukurydzy – jedzenie wszędzie  Do Bardejova docieram zmęczony ale i szczęśliwy. Czeka tu na mnie zarezerwowany hotel, prysznic, łóżko – noc bez żony, bo tą (dla jej dobra) przypiąłem do balustrady na dole  Dystans dnia: 70km (w górach liczy się razy dwa   )




"A ci, którzy tańczyli, zostali uznani za szalonych przez tych, którzy nie słyszeli muzyki".F. Nietzsche

W ramach poobiedniego relaksu, na parę godzin przed Ceremonią, idę na spacer. Powiewy wiaterku schyłkowego lata, zwiastują bliskość przełomu, przełomu mającego się wkrótce zamanifestować w postaci dobroczynnej Mocy. Otaczający chatkę dębowo-sosnowy las zachęca do spędzenia czasu w towarzystwie dostojnych drzew, pomiędzy owocującymi szczodrze krzewami, z odlotowym zapachem ściółki – na Łonie Natury. Kontempluję ruch gałązek, szelest liści; odgłosy ptaków, harce wiewiórek. Dostrzegam jelenia, dużego samca. Zauważywszy moją obecność, ucieka w popłochu. Robi mi się przykro, bo pierzchł dlatego, iż wystraszył się człowieka. Zalewa mnie potężny wstyd, mocno i daleko, za całe pokolenia przedstawicieli mojego gatunku, za praktykowane zło i wyrządzane krzywdy wszelkim zwierzakom, za ten przestrach wkodowany w odruchy naszych Braci Mniejszych, za człowiecze okrucieństwo, za naszą ludzką ignorancję. 

Nie ma przypadku, wszystko jest rozwinięciem jakiegoś "wczoraj" lub wprowadzeniem do czegoś czekającego w przedsionku jutra. Wszelkie sytuacje; każde spotkanie, zachowanie, słowo, gest, myśl... są elementami Kosmicznej układanki. Każda podróż, tej NAJWAŻNIEJSZEJ Podróży echem.

Paciamama otula nas przyjazną ciemnością letniego wieczoru. Jej uświęcona Moc zaczyna manifestować się po godzinie. Ma ponętny słodko-słony smak. Chce się jej więcej, i więcej… zaczyna robić długo wyczekiwany porządek. Porządkowanie, sprzątanie nieuświadamianych sobie wcześniej brudów i obszarów; u każdego rozpoczyna inaczej, stosownie do sytuacji, do potrzeb i możliwości – każdy dostanie to czego potrzebuje, w ilości i na skalę adekwatną do indywidualnych uwarunkowań. 

W moim przypadku, tym razem, zaczyna od przejawienia się dreszczem, który przechodzi w gilgotanie i ciepło odczuwalne falowo, na całym ciele. Przedstawia się, subtelnie przygotowuje grunt, sygnalizuje gotowość działania. Od samego początku manifestuje się serdeczną radością, uczuciem bezwarunkowej Miłości do całego czującego świata, do mnie, do osób na sali, do istot w lesie, do wszelkiego ożywionego Kosmosu.

Przenika mnie na wylot. Jej cudowna wibracja roztańcza każdą molekułę mojej fizyczności, rozwibrowuje całe auryczne spektrum. Jej anielska czułość leczy i goi poturbowana duszę. Działa holistycznie, jak na Medycyne przystało. Jawi się w całej krasie. Jest archetypem wyrozumiałej matki, która wybacza i kocha; jest archetypem troskliwego ojca, co obejmuje pewnie, co gwarantuje poczucie bezpieczeństwa. Ku mej wielkiej uciesze, w zabawny sposób, rozkłada na czynniki pierwsze aspekty kobiecości i męskości, ukazuje ich iluzoryczność, sztuczny dualizm zastępuje cudowną pełnią Jedni. 

Jest wszystkim. Dźwiękiem przybierającym postać kwiatów, z którymi igram, wspinam się po ich wesołych łodygach prężących się w hiperrealnej zabawie; gdzie spotykam równie radosne przejawy obecności Świetlistych Braci i Sióstr. Bajkowo pięknie, Jest... Makro i mikro światem. Faramuszką i Prawdą Absolutną. Fraktalną podróżą przez Kosmos Praprzyczynowości, galaktyczną stacją w Stawaniu Się, jednostkowym przystankiem naznaczonym różnorodnością doświadczeń. Gubieniem i odnajdywaniem się. Pozorem śmierci, złudzeniem życia. Uczestnictwem i obserwacją. Byciem przeplatanym z nie-byciem. Procesem rozgrywającym się między jawą a snem. Integracją tego co było, co będzie, tego co JEST.

Odnajduję zagubione puzzle. Zgarniam z nich kurz ignorancji. Zaczynają tworzyć wyraźny, dawno zapomniany obraz. Na powrót jestem czystością dziecka. Ona jest jelonkiem, który stanie się dorodnym samcem, który już nie będzie się mnie bał. Bawimy się. Śmiejemy się, pierwszy raz od eonów tak lekko, tak kompletnie, tak nieludzko pięknie...jest każdą z kobiet i każdym z mężczyzn jakich kiedykolwiek spotkałem... Robię fikołki, wtulam się w kudłate ciało. Przepychamy, boksujemy się. Lód uprzedzeń i obaw taje. Pełnia Wdzięczności. Rozpływam się w bezkresie jej Miłości. Przytula mnie ramieniem Opiekuna, wszystko jest wręcz bajkowo proste; scala nas pozaczasowe, niewysłowialne, cudowne Bycie w TU i TERAZ. Budzę się... kukuryku.https://www.youtube.com/watch?v=Fy7TKdJr1E8

 

Galeria Sztuki i Miejsce Spotkań Ślimak

Ponadto klasy VIII zaproszone zostały na spotkanie autorskie. Naszym gościem był p. Gwidon Hefid, kulturoznawca, socjolog, ale też zauroczony Wałbrzychem i naszym regionem, poeta. Podczas spotkania z uczniami prezentował dwujęzyczną książkę  „Ćwierć – Quartet”, która łączy poezję i prozę, będąc swoistym przewodnikiem po Wałbrzychu. To także hołd oddany naszemu miastu z okazji ćwierćwiecza związków pisarza z Wałbrzychem. Spotkanie oraz  mniwykład  poparte były serią slajdów, na których dawne pocztówki z Wałbrzycha i stare fotografie, mieszały się ze współczesnymi ujęciami miasta z lotu ptaka. Nasz gość był mile zaskoczony szeroką wiedzą uczniów „Piętnastki” o naszym regionie i rodzinnym mieście.
(jotes)
za: http://www.psp15.edu.pl/  (zakładka: KRONIKA)

Ponadto klasy VIII zaproszone zostały na spotkanie autorskie. Naszym gościem był p. Gwidon Hefid, kulturoznawca, socjolog, ale też zauroczony Wałbrzychem i naszym regionem, poeta. Podczas spotkania z uczniami prezentował dwujęzyczną książkę  „Ćwierć – Quartet”, która łączy poezję i prozę, będąc swoistym przewodnikiem po Wałbrzychu. To także hołd oddany naszemu miastu z okazji ćwierćwiecza związków pisarza z Wałbrzychem. Spotkanie oraz  mniwykład  poparte były serią slajdów, na których dawne pocztówki z Wałbrzycha i stare fotografie, mieszały się ze współczesnymi ujęciami miasta z lotu ptaka. Nasz gość był mile zaskoczony szeroką wiedzą uczniów „Piętnastki” o naszym regionie i rodzinnym mieście.
(jotes)
za: http://www.psp15.edu.pl/  (zakładka: KRONIKA)