•  

  •  

  •  

  •  

  •  

tecza

facebooktweet

LOGO2

„Z nurtem pod prąd"


 


Starość

Stary dom. Ruina!
Mury zrażające skiereszowaną cegłą
W oknach, niegdyś białe krzyże
Szyby brudne, niekompletne, pokawałkowane
Obecnie, już tylko szczątki parapetów
Budowlany obraz nędzy

Na tym tle, w oknie
Ludzki obraz rozpaczy. Staruszka!
Siwa, prawie bezwłosa
Pomarszczona niczym stare jabłko
Prawej powieki nie unosi
Lewą z trudem dźwiga
Mrużąc tak wzrok, patrzy na świat
Kiedyś musiała być piękną...
Teraz ma bezzębną, zapadłą szczękę

Pełnia empatii, czuję co ona czuje
Spostrzega, że na nią spoglądam
Wiem, że nachalnie patrząc upokorzę ją
Zuchwałością przerażę - wiem to

Dzieli nas Aleja Wyzwolenia
Wysokość jednego piętra
I parędziesiąt lat ziemskiej egzystencji

Ukradkiem
Patrzę na jej starą twarz
Widzę przerażenie, starczą bezradność
Nieme wołanie o pomoc
I lęk przed nocy przyjęciem
Taka starość jest straszna!
Takie życie musi być piekłem

Między nami potok aut
Chodnikiem, gdzie zastygłem w zamyśle
Obok mnie, płyną ludzkie masy
Jakiś ojciec mówi do córeczki:
„...nie wolno Ci... będziesz starsza... porozmawiamy..."
Jednak, bezzębne starowinki nie rozmawiają...

Skądś znany mi głos zagaduje:
- stoisz tu od godziny...
- bo... widzisz ten dom? - pytam
- to rudera, sypie się - odpowiada głos
- tak, zupełna ruina...- powtarzam myśl
- chodzi mi o tę staruszkę, smutne... - uściślam
- smutne... gdyby nie smród
nikt nie wiedziałby że zmarła...

 


 

 
Zaprosiłbym Cię

 

Zaprosiłbym Cię do mojego świata
Ale czym Cię podjąć
Czym ugościć
Czym przyjąć
Miedzy nami tak wiele różnic

Ty patrząc w słońce mrużysz oczy
Ja widzę w nim nadzieję
Idąc przez chaszcze klniesz
Ja staram się aby ich nie uszkodzić

Zaprosiłbym Cię
Lecz woda
I ogień
To sprzeczne żywioły


 

Wszystko albo nic

Dlaczego by nie?
Czemu by nie rzucić się na głębokie wody?
Ten świat nie tyczy się mnie
Postawić na jedną kartę - dla swobody

Odbyć tę wyprawę jedyną, niepowtarzalną
Zbadać swoje wnętrze i skorupę
Nie można być zawsze postawą minimalną
Założę własną trupę


 

 

Filozoficzne ewolucje

To trwa nad czasem
To nigdy się nie kończy

Jedyna niestała w To
To lico
Z każdym dniem innieje

To rośnie na długości
To idzie w szerokość
To zmienia objętość

Zawsze jest
Jest sobą
To jest To


 


Życie!

Oszczędź mi
Beznadziejnie płytkich wzruszeń

Daruj mi
Bezdyskusyjnie drugoplanowych epizodów

Odpuść mi
Bezsensowność doświadczeń moich

Wybacz mi
Beztreść ważnych chwil

Nie wypominaj mi
Bezmiaru spalonych podniet

Zapomnij
Bezlik błędnych poczynań

Życie!
Życie moje...


 

 

Nasz żywioł

Jakże zabolał powrót do przyziemności
Toksyczność „dobrodziejstw" zszarzałej codzienności

Upadek, i spadania bezkresność
Człowieczość, i jej konsekwencja bolesność

Wystarczyło kilka sekund słabości
By utracić znamiona boskości

Wysiłek dni wielu, cała pracy chłonność
Wróciło do zera, znów ta monotonność


 

 

Tak niewiele

Rozkrzyczane zmysły i pragnienia
Wygłodzony smak
- człowiekowi chce się człowieka

Niezaspokojone zmysły i pragnienia
Nienasycalny smak
- człowiekowi chce się człowieka

Człowiekowi aby żył
Trzeba człowieka


 

 

Wielki bój

Co dnia toczony, nie zawsze świadomy
Nie zawsze zwycięski, zawsze celowy

Bój o życie tu i później
Bój o duszę tu i tam

Choć dzielnie
To i destrukcyjnie

Nie dostrzegłszy jasności
Nie odbieramy boskości

W twarzy bliźniego
Nie dojrzawszy znamienia bożego
Brnąc coraz dalej w niebycie
Tracimy kolejna szansę – życie

 


 

 

Ludzkie cechy

Co za obłędny
nawyk
uporczywe schorzenie

Zdobywanie zaufania
oswajanie
odpychanie
odrzucanie
bólem częstowanie


 

 

Pytanie nieco retoryczne...

Czemu taki jesteś?
- pytam patrząc w głębię oczu

Czemu zdobywasz i niszczysz?
- pytam rzeźbą ust

Czemu ranisz naiwne serca?
- pytam retorycznie

Czemu smutku ogrom wzbogacasz?
- pytam głucho zatopioną
w srebrnej tafli lustra twarz...


 

 

Kalectwo niewiedzy

Okryci kloszem miotamy sobą
skalani kłamstwem więdniemy
wystawieni na próbę: giniemy
by cudownie „ożyć"
...odbijać się o szkło niewiedzy
do dnia, do chwili olśnienia
gdy zastygła masa pęknie
jesteśmy wolni...

Co z tego?

Jesteśmy wówczas bezradni
już nie istniejący....


 

 

Siła

Sztuka kłamania perfekcyjnie dopracowana
Łganie tak szczere, aż ból
Sztucznym uśmiechem twarz wymalowana
Łzy bardziej słone niż sól

Szkoda, że tak jest i być musi
Łowienie nierealnych wrażeń cienia
Szantażowanie tym co tak kusi
Łotrostwo niszczące nie tylko swoje marzenia

Szmata niegodna miana Ziemianina
Łajdactwo depczące święte prawa
Szalony ignorant co porządek wygina

Ład doszczętnie on zburzyć zdążył.
Sztandar prawości spalił, mówiąc: nie moja sprawa
LUDŹ-MY, siebie w ciemni pogrążył


 

 

Kołysanka

Rymy i ta melodia
A te echo w oddali
To księżyc w bębny wali
Deszczowa życia parodia

I cisza, czyżby ustało?
Gdzie jest cudu symfonia?
Znów ta ciszy monotonia
Czegoś brak – padać przestało

Jak mogę usnąć?
Ustała ulewna kołysanka
Nie ma co uszu mi musnąć

Następna noc wiary i nadziei
Że do czasu nastania poranka
Znajdę się wśród snu czarodziei


 

 

Barwy żywota

Dzień i Jego szarzyzna
Noc i Jej porażenia blask
Wszystko to mizerna tężyzna
Złudny żywota naszego brzask

Jesteśmy bo tak się stało
Żyjemy bo tak trzeba
Niewiele to, za mało
Bliskości chcemy jak chleba

Niczym żebrak obdarowany
Chylimy głowę bogobojnie
Liczymy, że to zabliźni rany

Spragnieni swojej obecności
Ulegamy życiu bezwolnie
Zagłuszamy głos, głos miłości...


 

Po więcej zapraszam do papierowej wersji,  książka do nabycia u autora lub do wypożyczenia w wybranych bibliotekach.